aktualności ogłoszenia intencje mszalne myśli biblijne kontakt log

Skrzynka intencji



Witaj, jesteś Licznik gościem naszej strony.


Kapłani rodacy


1. Ks. Piotr z Brzeska s. Marcina
2. Ks. Jan z Brzeska
3. Ks. Szymon Brzeski
4. O. Andrzej od Jezusa Brzechwa
5. Ks. Mateusz Gładyszewicz
6. Ks. Wincenty Wąsikiewicz
7. Ks. Ignacy Rybicki
8. Ks. Stanisław Kazimierz Starzec
9. Ks. Stefan Skoczyński
10. Ks. Marceli Ślepicki
11. Ks. Zygmunt Dunin Kozicki
12. O. Andrzej od Jezusa Gdowski
13. Ks. Błażej Kotfis
14. Ks. Jan Błażej Zachara


29. Ks. Stanisław Ludwik Piech
30. Ks. Marian Franciszek Jedynak
31. Ks. Jan Stanisław Toboła
32. Ks. Stanisław Tadeusz Jemioło
33. Ks. Kazimierz Stanisław Jedynak
34. Ks. Mieczysław Antoni Kosakowski
35. Ks. Stanisław Kałuża
36. Ks. Wiesław Andrzej Jemioło
37. Ks. Stanisław Antoni Kądziołka
38. Ks. Jerzy Jan Cisoń
39. Ks. Michał Kazimierz Kotra
40. Ks. Marek Józef Święch
41. Ks. Piotr Tadeusz Markowicz
42. Ks. Marek Stanisław Kądziołka

15. Ks. Józef Marcin Marzec
16. Ks. Władysław Matyasik
17. Ks. Jan Stefan Fortuna
18. Ks. Jan Zwierz
19. Ks. Jan Stanisław Kic
20. Ks. Kazimierz Kajetan Mucha
21. Ks. Jarosław Henryk Klenowski
22. Ks. Stanisław Wilhelm Grzybek
23. Ks. Józef Stanisław Rogóż
24. Ks. Mieczysław Jan Mucha
25. Ks. Franciszek Andrzej Kostrzewa
26. Ks. Antoni Marian Szydłowski
27. Ks. Kazimierz Jacek Wis
28. Ks. Andrzej Jan Mleczko

43. O. Paweł Salamon
44. Ks. Stanisław Martyka
45. Ks. Stanisław Jan Maślak
46. Ks. Stanisław Stec
47. Ks. Marek Marian Bach
48. Ks. Jacek Władysław Wrona
49. Ks. Piotr Fałkowski
50. Ks. Bogusław Roman Woźniak
51. Ks. Mirosław Grzegorz Frankowski
52. Ks. Henryk Kołodziej
53. Ks. Krzysztof Chaim
54. Ks. Piotr Jakub Gawenda
55. Ks. Mateusz Piotr Hebda
56. Ks. Jarosław Zenon Skrzypek
57. Ks. Andrzej Habryło


Bracia

1. Władysław Matyasik
2. Zygmunt Andrzej Czerny
3. Piotr Marek Wąs

15. Ks. Józef Marcin Marzec 1884-1918
Urodził się 17 marca 1884 roku w Słotwinie nr domu 16. Jego rodzicami byli Joachim Marzec i Rozalia z d. Dach. Ojciec był strażnikiem kolejowym a matka najprawdopodobniej zajmowała się domem. Dwa dni po urodzeniu, w sam dzień św. Józefa 19 marca rodzice przywieźli dziecko do chrztu w kościele parafialnym w Brzesku. Chłopca ochrzcił ks. proboszcz Stanisław Dylski i nadał mu imię patrona dnia, a na drugie imię ojca chrzestnego, Marcina Łaszczyka. Matką chrzestną była Apolonia Pasek. Z księgi metrykalnej wynika, że Józef miał tylko jedną siostrę, Mariannę z pierwszego małżeństwa ojca.
Nie wiadomo, gdzie chłopiec kończył szkołę podstawową. Natomiast do gimnazjum uczęszczał w Nowym Sączu. Był młodzieńcem zdolnym i pracowitym. Maturę zdał z wynikiem celującym w roku 1905. Potem studiował teologię w tarnowskim Seminarium Duchownym w latach 1905-1909. I tu wykazał się nieprzeciętnymi zdolnościami i pilnością, skoro wszystkie egzaminy z wyjątkiem jednego otrzymały stopień najwyższy.
Dnia 29 czerwca 1909 roku Józef przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa Leona Wałęgi w katedrze tarnowskiej.
Dnia 1 sierpnia 1909 roku młody kapłan rozpoczął pracę na pierwszej placówce wikariuszowskiej w Łącku. Dwa lata później 13 maja 1911 roku przeniósł się na wikariat do Ropczyc. Po trzech latach pracy w Ropczycach, w piątym roku kapłaństwa otrzymał w 1914 roku nominację na katechetę męskiej szkoły podstawowej w Starym Sączu.
W tym samym roku wybuchła I wojna światowa. Młody kapłan przeżywał ją bardzo głęboko i łączył - jak wszyscy Polacy w tamtych czasach - z nadzieją na odzyskanie niepodległości. W tym duchu wygłosił 6 sierpnia 1914 roku, w pamiętny dzień wyruszenia z Krakowa I Kadrowej, patriotyczne kazanie na uroczystej Mszy św. w kościele klasztornym Sióstr Klarysek w Starym Sączu. Ta Msza św. na polecenie Księży Biskupów galicyjskich była celebrowana w intencji uproszenia Wolnej Polski. I o tym było kazanie. Ks. Marzec - jak zanotowała kronikarka klasztorna - uprzytomnił zebranym, "że siedem państw uzbrojonych czeka" i zachęcał słuchaczy do "składek na rzecz 40 tysięcy młodzieńców, którzy czekają w Krakowie i Lwowie na hasło, by przekroczyć granicę i wtargnąć do Królestwa Polskiego". Te słowa świadczą, że również w odległym Sączu ludzie żywili te same pragnienia, co Polacy w całym zaborze austriackim i głośno je wypowiadali.
Ksiądz Marzec nie doczekał końca wojny i odzyskania niepodległości. Nie ominęła go szerząca się w tamtych latach epidemia czerwonki. Zmarł 30 sierpnia 1918 roku w dziewiątym roku kapłaństwa. Zdążył jeszcze parokrotnie występować gościnnie, bo był katechetą przy parafii św. Elżbiety, jako kaznodzieja w kościele klasztornym i zasłużył sobie pięknymi kazaniami na podziw i uznanie słuchaczy. Siostra kronikarka opisując różne uroczystości w klasztorze, jak odpust na Świętą Trójcę w 1914 roku, i czterdziestogodzinne nabożeństwa w 1915 i 1916 roku zawsze podkreślała, że ks. Marzec "mówił bardzo ładnie", że "była to bardzo piękna przemowa".
Tylko tyle można napisać o krótkim życiu kapłańskim ks. Józefa Marca. Więcej wiadomości nie dochowało się do naszych czasów, ani z jego pobytu w Łącku i Ropczycach, ani z pracy katechetycznej w parafii św. Elżbiety w Starym Sączu.
Umarł - można powiedzieć - w przeddzień wolnej Polski. Jego pogrzeb odbył się 1 września 1918 roku w Starym Sączu. W ceremoniach pogrzebowych wzięło udział 26 kapłanów pod przewodnictwem ks. Jana Gagnana, dziekana z Piwnicznej. Ciało spoczęło na cmentarzu parafialnym i tam czeka na powszechne zmartwychwstanie.

16. Ks. Władysław Matyasik 1884-1939
Ks. Władysław urodził się 9 czerwca 1884 roku w Brzezowcu nr 40 i został ochrzczony 12 czerwca tegoż roku w kościele parafialnym w Brzesku. Chrzestnymi byli Stanisław Stec i Marianna Marmol żona Stanisława, a chrztu udzielił ks. Stanisław Dylski, proboszcz.
Rodzice Władka, Tomasz i Marianna z d. Stec byli rolnikami, a ponadto ojciec był jakiś czas lokajem u Goetzów Okocimskich. W domu była czwórka dzieci, najstarszy Władysław, potem Józef, Maria (wydana za mąż za Bujaka) i Anna (wydana za Liszkę).
Władysław ukończył szkołę podstawową w Brzesku, a gimnazjum najprawdopodobniej w Bochni, bo w Brzesku jeszcze nie powstało.
W kronikach zakonnych OO Dominikanów zapisano, że nowicjat rozpoczął w Krakowie 14 listopada 1904 roku. Śluby zakonne złożył w roku następnym, 15 listopada 1905 roku. Przyjął wtedy imię zakonne Gabriel.
Studia filozoficzne i teologiczne odbywał we Lwowie i po ich zakończeniu otrzymał święcenia kapłańskie 10 kwietnia 1909 roku w archikatedrze lwowskiej z rąk biskupa Władysława Bandurskiego.
Potem rozpoczął pracę na różnych placówkach zakonnych. Najpierw w Domu Generalnym we Lwowie O. Gabriel opiekował się studentami teologii. W następnym roku był wikariuszem w parafii zakonnej Podkamień, a w roku 1912 wikariuszem i katechetą w Czartkowie. Nie zabawił tam długo, bo już w 1913 roku widzimy go znów we Lwowie, w parafii Bożego Ciała, gdzie został katechetą w szkole męskiej, wikariuszem i równocześnie magistrem braci zakonnych, czyli ich opiekunem. Tam pracował około 4 lata i w roku 1917 został ponownie przeniesiony do Czortkowa na wikariusza. Dwa lata potem (1919) po raz drugi wrócił do Podkamienia, aby pełnić obowiązki wikariusza.
Stamtąd władze zakonne przeniosły O. Gabriela do Krakowa (1920) i poleciły nadzór nad sprawami finansowymi Domu Krakowskiego. Niedługo tym się zajmował, bo - jak cytamy w kronice - w 1922 roku został Wikariuszem Konwentu, czyli przełożonym na placówce zakonnej w Jarosławiu i był tam do roku 1925. W tym roku powrócił po raz trzeci do Podkamienia, aby nadal pełnić obowiązki wikariusza, katechety i prowadzić nadzór nad finansami tego domu. I to była jego ostatnia placówka zakonna.
W roku 1925 O. Gabriel zwrócił się do władz zakonnych z prośbą o pozwolenie na opuszczenie Zakonu. Po załatwieniu formalności z tym związanych przeszedł w szeregi duchowieństwa diecezjalnego archidiecezji lwowskiej.
W archiwum zakonnym zostały po nim ślady jego działalności: notatki z okresu nowicjatu i studiów teologicznych oraz bogaty zbiór ponad 80 kazań opracowanych na różne tematy i okoliczności.
o. Gabriel po opuszczeniu zakonu, już jako ks. Władysław został w roku 1926 skierowany przez ks. biskupa na placówkę duszpasterską do Obertyna w dekanacie horodeńskim. Tam początkowo pełnił funkcję administratora parafii, a po pewnym czasie otrzymał nominację na proboszcza. Przez krótki czas w roku 1930 był tez proboszczem w nowoutworzonej małej parafii Turówka, liczącej 717 wiernych. Wnet jednak powrócił do Obertyna, aby tu pozostać do śmierci.
Było to niewielkie miasteczko liczące wtedy około 2 tysiące katolików. Parafia posiadał piękny kościół pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła.
Tam ks. Władysław duszpasterzował przez 13 lat. życie religijne parafii skupiało się wokół kościoła. Ożywiały je nie tylko nabożeństwa liturgiczne i sakramenty św., ale również stowarzyszenia katolickie. Była tam Parafialna Akcja Katolicka. Dorośli zrzeszali się w Katolickim Stowarzyszeniu Mężów i Kat. Stow. Kobiet, a młodzi mieli też swoje stowarzyszenia, Młodzieży Męskiej i Młodzieży Żeńskiej. Natomiast czciciele Matki Bożej tworzyli Bractwo Różańcowe. Widać z tego, że proboszcz rozumiał, jak ważne jest to, aby nie tylko modlić się, ale wiarę swoją wprowadzać w życie i kierować się jej duchem w rodzinach i w miejscu pracy.
W dowód uznania za gorliwą posługę duszpasterską i troskliwą opiekę nad parafią sobie powierzoną ks. Matyasik otrzymał z Kurii Metropolitalnej we Lwowie w roku 1938 odznaczenie Expositorium Canonicale i tytuł kanonika.
Ks. Władysław Matyasik zmarł 14 kwietnia 1939 roku w Obertynie. Przyczyną śmierci była gruźlica. Przeżył 55 lat bez dwóch miesięcy i 30 lat kapłaństwa. Nie był to wiek imponujący. Po ludzku sądząc mógłby jeszcze pożyć, ale taka była wola Boża. Nie było wtedy tak skutecznych lekarstw na tę chorobę, jakie są dzisiaj.
Na śmierć był przygotowany. Świadczy o tym choćby testament spisany siedem lat przed śmiercią, w którym przekazał potomnym swoje ostatnie życzenia i polecenia.
Wyraził w nim przede wszystkim wdzięczność Bogu za powołanie do kapłaństwa. Ludzi prosił o przebaczenie, jeśli w czymś kogoś uraził. Polecił się też miłosiernej pamięci swoich parafian.
Dobra materialne, jakie pozostawił podzielił między parafię w Obertynie, klasztor OO Dominikanów w Krakowie, rodzinną parafię w Brzesku i krewnych na Brzezowcu. Nie zapomniał też o misjach i potrzebach ogólnokościelnych.
Pogrzeb odbył się 17 kwietnia w Obertynie. Parafianie ze smutkiem żegnali swego duszpasterza. Obrzędy pogrzebowe celebrował dziekan dekanatu horodeńskiego ks. Leopold Waścinski, proboszcz ze Śniatynia wraz z okolicznym duchowieństwem. Ciało złożono w grobie na cmentarzu parafialnym w Obertynie.
Spoczywa teraz na obcej ziemi zdala od stron rodzinnych. Nie wiadomo, czy jest tam jeszcze ktoś w Obertynie, kto by o nim pamiętał, kto by się na jego grobie pomodlił. Tym bardziej mamy obowiązek włączyć go w krąg tych, którzy żyją w naszej pamięci.

17. Ks. Jan Stefan Fortuna 1889-1983
Ks. Jan Fortuna przyszedł na świat 6 grudnia 1889 roku jako drugi z kolei syn Ignacego i Marianny z d. Flak. Ojciec był z zawodu bednarzem (doliarius). Rodzice mieszkali wówczas w domu pod numerem 235 niedaleko kościoła. Chrztu udzielił mu w dzień Bożego Narodzenia ks. Maciej Pająk, emeryt mieszkający w Brzesku od 1887 roku i opiekujący się istniejącym jeszcze wtedy kościółkiem Św. Ducha i nadał chłopcu imiona Jan, Stefan. Chrzestnymi byli Jan Ogiela i Julia Wilczyńska. Rodzice Janka mieli jeszcze po nim trójkę dzieci, córeczkę i dwóch synków, którzy zmarli w 4 roku życia.
Janek uczęszczał do szkoły podstawowej na miejscu, a do gimnazjum w Bochni, bo w Brzesku takiej szkoły jeszcze nie było. W tym czasie miały miejsce trzy tragiczne wydarzenia, które młody Janek z pewnością głęboko przeżył. W roku 1903 umarli najpierw ks. Pająk, a potem ks. proboszcz Stanisław Dylski. W następnym roku 1904, w sam dzień odpustu parafialnego, i uroczystej instalacji nowego proboszcza ks. Jakuba Oleksego wybuchł pożar, który spalił miasto i kościół. Spłonął prawdopodobnie również dom rodzinny Janka, bo znajdował się blisko kościoła. Czy późniejsze, kapłańskie już marzenia o odbudowie kościółka Św. Ducha nie były w jakimś stopniu echem tych młodzieńczych przeżyć, których tak bardzo osobiście doświadczył w piętnastym roku życia?. Trudno dziś na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć.
Po egzaminie maturalnym złożonym w gimnazjum bocheńskim w 1908 r. rozpoczął studia teologiczne w Tarnowie i po ich ukończeniu w 1912 roku z wynikiem celującym przyjął dnia 29 czerwca 1912 roku święcenia kapłańskie w katedrze tarnowskiej z rąk biskupa Leona Wałęgi.
Potem była radosna uroczystość prymicyjna w rodzinnym Brzesku, o której, niestety, nie zachowała się żadna wzmianka w kronice parafialnej. Może ówczesny proboszcz ks. Jakub Oleksy, zmęczony trudami odbudowy spalonego kościoła i problemami duszpasterskimi w odbudowującym się mieście przygotowywał się już do opuszczenia parafii, z której zamierzał dobrowolnie zrezygnować. I rzeczywiście uczynił to 1 września 1912 roku.
Zanim wyjechał zdążył jeszcze pożegnać ks. prymicjanta, który dnia 1 sierpnia 1912 roku rozpoczął pracę na pierwszej placówce duszpasterskiej w Dębicy. Tam był wikariuszem i równocześnie kapelanem w Domu Generalnym SS Służebniczek NMP. Tam też miał z pewnością okazję spotkać się ze swoim starszym kolegą, rodakiem z brzeskiej parafii Ks. Błażejem Kotfisem. Ks. Jan miał podobnie jak on zamiłowanie do pracy wśród młodzieży. Łatwo nawiązywał z nią kontakt, urządzał dla niej wycieczki, zabawy, założył dla niej bibliotekę, a ona lgnęła do niego.
W tym okresie był prze trzy miesiące administratorem w sąsiedniej Brzeźnicy, gdzie w roku 1914 następowała zmiana proboszcza.
Tymczasem wybuchła I wojna światowa i młody kapłan energicznie włączył się w akcję pomocy osobom doświadczonym przez los. Nie żałuje własnych pieniędzy na ten cel, interweniuje u władz zaborczych w sprawach osób, które weszły w konflikt z prawem wojennym, w ramach działalności Czerwonego Krzyża otacza opieką polskich żołnierzy chorych i rannych. Przy tym wszystkim nie zaniedbuje swych podstawowych obowiązków wikariusza i katechety.
Tę działalność kontynuuje również na następnej placówce w Radomyślu Wielkim, dokąd został przeniesiony 8 listopada 1915 roku. Potem był jeszcze wikariuszem w Borzęcinie od 15 sierpnia 1916 roku, a w ostatnim roku wielkiej wojny począwszy od 1 sierpnia 1917 roku rozpoczął pracę jako katecheta w Tuchowie.
Tu pracował przez 11 lat. Tu razem z mieszkańcami przeżył radość zakończenia wojny i odzyskania niepodległości. Tu również uzmysłowił sobie, jakie wielkie problemy pozostawiła wojna i jakie nowe przyniosła wolna Polska. I ks. Fortuna nie ucieka od nich. podejmuje różne inicjatywy społeczne i przedsięwzięcia. Włącza się w działalność miejscowych instytucji. Zostaje prezesem Towarzystwa Szkół Ludowych. Organizuje kursy kroju i szycia, zakłada szwalnię, wykupuje dom z przeznaczeniem na Składnicę Kółek Rolniczych. To wszystko po to, aby dać ludziom pracę i możliwość zarobienia na życie.
Ta działalność zyskuje mu powszechny szacunek i autorytet, a to ułatwia mu kontakty z młodzieżą. Z zamiłowaniem oddaje jej swój czas, serce, a nierzadko i własne pieniądze. Pomaga organizacjom opiekującym się młodzieżą, które mają w nim oddanego przyjaciela i orędownika. Uwieńczeniem tych zabiegów jest myśl o budowie nowej szkoły. Ks. Fortuna był gorącym zwolennikiem tej inwestycji i znacząco wsparł ją własnymi funduszami. Budynek stoi do dnia dzisiejszego.
Dnia 1 listopada 1928 roku Ks. fortuna został mianowany katechetą szkoły żeńskiej im. St. Konarskiego w Tarnowie. I tam przeżył dalsze 16 lat swego życia. Pracował jako katecheta, ale był również kapelanem w kilku domach sióstr zakonnych. Udzielał się też jako rekolekcjonista.
Równocześnie angażował się w działalność społeczną. Były to czasy kryzysu gospodarczego i trudno się ludziom żyło. Ks. Fortuna chętnie im pomagał. Odwiedzał biedne rodziny, założył dla nich bezpłatną kuchnię, udzielał wszelkiej pomocy biedniejszej młodzieży. Brał udział w pracy wielu komitetów społecznych, a działacze trzeźwościowi mieli w nim swego sprzymierzeńca. Popierał każdą pożyteczną inicjatywę społeczną.
Potem przyszły lata wojny i okupacji niemieckiej. Ks. Fortuna przeżył je w Tarnowie jako katecheta szkół podstawowych. Jego wrażliwość na potrzeby życiowe ludzi, zmysł organizatorski i kontakty z młodzieżą uczącą się konspiracyjnie musiały być siłą rzeczy bardziej dyskretne, aby nie wzbudzić podejrzeń okupanta i nie narazić nikogo na represje.
Pod koniec wojny postarał się o przeniesienie do Brzeska, gdzie dalej uczył w szkole podstawowej, a w latach 1945-1947 w gimnazjum.
Dnia 31 sierpnia 1950 roku przeszedł na emeryturę. W tym samym roku, począwszy od listopada do lipca roku następnego był administratorem w Tymowej po śmierci proboszcza ks. Jana Supersona (+ 1950) swego kolegi i przyjaciela. W tym krótkim czasie (7 miesięcy) wyremontował kościół, zakupił dzwony i urządził salę katechetyczną.
Powrotowi do Brzeska towarzyszyła myśl, aby kontynuować dzieło swego życia, budowę kościoła, którą planował jeszcze przed wojną. Świadczyły o tym materiały budowlane gromadzone na placu przy magistracie, które, niestety, w czasie wojny zostały rozgrabione. Ks. Fortuna odczekał cierpliwie ciężki okres stalinizmu i gdy trochę "zelżało" po październiku 1956 roku, podjął dalsze starania. Dość szybko uporał się z pozwoleniem, projektem i organizacją pracy. Projekt wykonali architekci z Krakowa Seifert, Kozłowski i Pabian, a wykonawcą było Państwowe Przedsiębiorstwo Budowlane w Brzesku. Pieniądze ks. Fortuna gromadził od lat. żył bardzo skromnie. Oszczędzał na jedzeniu i ubraniu, a wszystko, co zaoszczędził szło na budowę. Prócz tego zbierał pieniądze "po kolędzie" i od życzliwych osób. Od księdza dziekana otrzymał tacę kościelną, a od księży katechetów ofiary z kolędy. Z lasu plebańskiego brał potrzebne na budowę drzewo. I budowa rosła. I cieszyła wizja osiągniętego celu. Wprawdzie spotykał się czasami z uwagami co do potrzeby takiej inwestycji, ale to go nie zrażało. Budowę rozpoczęto w roku 1957, a w roku 1960 kościółek był gotowy w stanie surowym. Otrzymał tytuł Ducha Świętego, jak tamten spalony w 1904.
Wtedy rozpoczęły się szykany. Władze państwowe wymierzyły podatek od budownictwa sakralnego za rok 1961 w wysokości 259 tysięcy 56 złotych, a w roku następnym 12 tysięcy 900 złotych. Na owe czasy była to suma astronomiczna. Nie pomogły żadne odwołania i prośby. Komornik zaczął nachodzić najpierw ks. Fortunę, a potem proboszcza. Gdy nic nie wskórał, władze nakazały przejęcie budynku na własność Państwa. Wtedy księża katecheci, którzy po usunięciu religii ze szkół w 1961 r. uczyli w kościele parafialnym, weszli z katechizacją do budynku, choć nie był jeszcze całkowicie wykończony. Było to z punktu widzenia władzy nielegalne, bo budynek nie był jeszcze oficjalnie oddany do użytku, ale było konieczne, aby nie dopuścić do zajęcia go przez władze. Władza bowiem zarządziła zaplombowanie budynku. Miało to nastąpić 10 marca. W tym dniu zgromadzili się w kościółku rodzice i osobiście czuwali nad odbywającą się tam katechizacją. Rozpoczęła się gorączkowa wymiana zdań, między stronami konfliktu. Mieszkańcy wyrażali głośno swoje oburzenie. Po długich pertraktacjach władze odstąpiły od zamknięcia budynku, a ks. dziekan Stosur zgodził się na zapłacenie podatku obniżonego do wysokości 196 tysięcy 591 złotych. Takie to historie działy się w owych czasach.
I tak kościółek odpowiednio przystosowany, przez dobrych kilkanaście lat służył jako dom katechetyczny. Potem, gdy katechizację przeniesiono do przebudowanego ze stodoły plebańskiej domu katechetycznego, posłużył jako kościół zastępczy dla nowo powstającej parafii pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego. Obecnie wrócił do swego pierwotnego przeznaczenia i stał się ośrodkiem duszpasterstwa młodzieży, której Fundator tyle serca okazywał.
W latach siedemdziesiątych parafia brzeska przeżywała zmianę na probostwie. Odszedł na zasłużoną emeryturę długoletni proboszcz ks. dziekan Jakub Stosur, a zastąpił go ks. Kazimierz Kopacz. Plebania i kościół latami nie remontowane i za ciasne wobec współczesnych potrzeb domagały się przebudowy. Ks. Kopacz zaczął od plebanii, a gdy ukończył jej budowę przyszła kolej na kościół.
Po długich perypetiach z władzami otrzymał wreszcie upragnione pozwolenie i 5 czerwca 1979 roku, w następnym dniu po uroczystości NMP Matki Kościoła rozpoczęto prace. W trakcie rozbudowy kościoła ofiara padła kaplica Matki Bożej Nieustającej Pomocy, ulubione miejsce odprawiania Mszy św. przez ks. Fortunę. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze go tam widziałem przy ołtarzu. Odprawiał tam, gdy przyjeżdżał na wakacje z Tarnowa, i potem gdy zamieszkał w Brzesku. Przychodził do kościoła ostatni, gdy inni księża już odprawili i tylko ks. dziekan siedział jeszcze w konfesjonale i szedł tam odprawiać. Służyliśmy mu - przyznaję - niezbyt chętnie, bo było już późno, a ks. kanonik odprawiał bardzo powoli, dokładnie wymawiając łacińskie słowa kanonu mszalnego.
Nie wiem, co czuł ks. Fortuna, gdy widział, jak jego ulubiona kaplica znika i zamienia się na przejście ze starej część kościoła do nowej, ale zgodnie ze swoją naturą ciekawą i otwartą na zmiany, pilnie obserwował prace budowlane i żywo się nimi interesował. Do dziś zachowały się zdjęcia, na których widzimy go, jak ze stołeczkiem w rękach kręci się wokół budujących. Taki był zawsze. Jeśli coś się wokół kościoła działo, jeśli można było w czymś pomóc, on był zawsze gotów. Do dziś tez pamiętają, jak tuż po wojnie, zanim jeszcze rozpoczął prace przy kościółku Św. Ducha, wraz z ówczesnym wikariuszem, a dziś ks. prałatem Nowakiem jeździł do lasu plebańskiego po drzewo i nie żałował własnych pieniędzy, gdy trzeba było przeprowadzić nie cierpiący zwłoki remont wokół wieży i prezbiterium kościoła.
I taki pozostał do końca. Ciekawy, rozmowny, aktywny, gotowy do pomocy, a równocześnie pełen humoru i dowcipu. Pieniądze, jakie mu jeszcze pozostały przeznaczył w części na potrzeby KUL-u, a w części na ufundowanie witraża do nowego kościoła. Zdobi on jedno z okien od strony plebanii.
Ks. Fortuna zmarł w szpitali 27 kwietnia 1983 roku. Ciało jego w przeddzień pogrzebu przeniesiono do kościoła Świętego Ducha i stąd w dniu 30 kwietnia do kościoła parafialnego. Nabożeństwo pogrzebowe odprawił ks. bp Władysław Bobowski, a kazanie wygłosił ks. proboszcz Kazimierz Kopacz. W pogrzebie wzięło udział około 40 księży i licznie zgromadzeni parafianie brzescy. Trumnę z ciałem Zmarłego złożono w grobie rodzinnym na cmentarzu parafialnym.
Ks. Fortuna był odznaczony kościelnym odznaczeniem EC i przywilejem noszenia RM, od władz państwowych otrzymał raz Medal Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości (1929), a drugi raz Medal Srebrny (11.11.1938)

18. Ks. Jan Zwierz 1903-1995
Ks. Jan Zwierz, przyszedł na świat 8 września 1903 roku, w tej części Grądów, która należała najpierw do Jasienia, a potem do Brzeska, w domu pod numerem 28. Był synem Józefa i Walerii z d. Mucha. Został ochrzczony w parafii Jasień dnia 13 września 1903 roku. Chrztu św. udzielił ks. Michał Marczak, administrator parafii po śmierci proboszcza ks. Józefa Mazurkiewicza. Do chrztu trzymali go Ludwik Góra i Kunegunda Kuta z Jodłówki.
Janek miał jeszcze dwóch braci z pierwszego małżeństwa swego ojca. Przez pierwsze 11 lat żył szczęśliwie w gronie rodzinnym. Potem przyszedł rok 1914, który dla 11-letniego chłopca okazał się niezbyt łaskawy. Ojciec poszedł na wojnę, a mama niedługo potem zmarła na czarną ospę. Janek zobaczył ojca na pogrzebie mamy w Jasieniu, ale tylko przez chwilę, bo zaraz po pogrzebie w towarzystwie dwóch żołnierzy, którzy z nim razem byli na pogrzebie musiał wrócić do jednostki. Jankiem i jego bratem zaopiekowali się krewni.
W trzy lata później, w 1917 roku ojciec ożenił się powtórnie i rodzina Janka powiększyła się o trzy siostry i brata. Ojciec jeszcze przed wojną otrzymał państwową posadę na poczcie w Nadzorze Telefonów i Telegrafu w Tarnowie. Po perypetiach związanych z wojną, śmiercią żony i drugim małżeństwem ostatecznie zamieszkał z rodziną w Tarnowie. Janek, który prawdopodobnie rozpoczął naukę szkolną w Brzesku zakończył ją w 1922 roku świadectwem dojrzałości uzyskanym w gimnazjum im. K. Brodzińskiego w Tarnowie. Jak sam powiedział, niedaleko stąd miał do seminarium duchownego (oba budynki sąsiadują z sobą) "toteż w 1926 roku wyszedłem z niego już wyświęcony". Święceń kapłańskich udzielił mu 29 czerwca biskup Leon Wałęga w katedrze tarnowskiej. Tymczasem jego ojciec wybudował dom na Słotwinie i rodzina przeprowadziła się tam w 1923 roku.
Przez pierwsze trzy miesiące ks. Jan był wikariuszem w Brzesku, gdzie pomagał ks. Opoce, administratorowi parafii po odejściu ks. proboszcza Mazura do Nowego Sącza, a przed objęciem parafii przez następnego proboszcza ks. Jakuba Stosura.
Potem, w październiku 1926 roku został wikariuszem w Radomyślu Wielkim. Proboszcz tamtejszy rozbudowywał właśnie kościół, a ponieważ choroba utrudniała mu tę pracę, młody wikariusz okazał się bardzo pomocny w organizacji robót i staraniach o zaopatrzenie.
Pobyt w Radomyślu W. i współpracę z proboszczem przy rozbudowie kościoła nazwał później ks. Zwierz "dobrą zaprawą do działania społecznego". Była to działalność społeczna "tyle, że w służbie bożej" - powie po latach.
Po trzech latach pobytu na tej placówce, dnia 24 września 1929 roku dostał skierowanie na katechetę do Ropczyc. I tu pozostał do śmierci. Najpierw uczył religii w szkołach podstawowych, a potem w Miejskim Staroklasycznym Gimnazjum Koedukacyjnym i Miejskim Seminarium Nauczycielskim. Lecz jego zainteresowania wybiegały daleko poza mury szkolne.
Ropczyce były wtedy małym miasteczkiem liczącym około 4 tysiące mieszkańców, którzy zajmowali się głównie rolnictwem i warzywnictwem. Była tam również niezbyt liczna grupa urzędników starostwa oraz instytucji z nim związanych, którzy dawali utrzymanie drobnym rzemieślnikom i ogrodnikom korzystając z ich pracy i usług. W roku 1937 Ropczyce utraciły status miasta powiatowego i zaczął się regres gospodarczy miasta.
"Miasteczko opustoszało, zmniejszyła się liczba mieszkańców, budynki publiczne i kilkadziesiąt mieszkań opuszczonych przez urzędników zionęły pustką. Cały szereg rękodzielników i kupców straciło podstawy egzystencji. Miejscowi i okoliczni rolnicy utracili odbiorców" - tak opisał te czasy ks. Zwierz.
Ta sytuacja nie dawała mu spokoju. Zaczął działać. Miał ku temu wiele danych osobistych. Był człowiekiem cierpliwym, wytrwałym, nawet upartym, odważnym a równocześnie skromnym, który nie szuka osobistych korzyści, ale ma przed oczyma dobro wspólne. I wiedział czego chce. Mówili o nim parafianie obserwując jego działalność, "gdzie diabeł nie może, to ks. Zwierz dopnie swego". "Nikogo się nie bał. Jednymi drzwiami go wypychali, drugimi wchodził. Urzekał inwencją i odwagą w służbie miastu".
Na taką opinię zapracował sobie przez lata przebywania w tym mieście, przez miłość do niego i zaangażowanie w jego rozwój.
Zaczęło się od tego, że wraz z kilkoma osobami założył Towarzystwo Przyjaciół Miasta Ropczyc, przekształcone w Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Ropczyckiej. Stało się ono głównym motorem i realizatorem wspaniałych inicjatyw społecznych. A duszą Towarzystwa był ks. Jan. W jego sercu rodziły się pomysły, które później wspólnie urzeczywistniali. I tak tuż przed wojną ukończono przerwaną wcześniej z powodu braku funduszów budowę Żeńskiej Szkoły Podstawowej im. Królowej Jadwigi i Miejskiego Gimnazjum im. św. Stanisława Kostki i tylko wybuch wojny uniemożliwił rozpoczęcie w nich nauki.
W czasie wojny, gdy wszelka działalność społeczna była podejrzliwie obserwowana przez okupanta i niosła zagrożenie represjami, udało się ks. Zwierzowi w 1940 roku przekonać władze niemieckie o potrzebie otwarcia szkoły ogrodniczej, a potem w 1943 roku Szkoły Rzemieślniczej. Nawet miejscowi ludzie patrzyli podejrzliwie na te poczynania i nieufnie odnosili się do księdza. Dopiero gdy okazało się, że szkoły te chronią młodzież przed wywozem na roboty do Niemiec, przekonali się o słuszności tych zabiegów. A ks. Zwierz myślał także o tym, aby w tych ciemnych dla Polski czasach wychowywać młodzież w duchu patriotycznym i dobrze przygotować do pracy w wolnej Polsce. I to mu się udało. "Praca z młodzieżą to była jego wielka pasja, wielka miłość. Swojej działalności pedagogicznej nie przerwał nawet w czasie okupacji".
Jak w czasie wojny z okupantem, tak po wojnie z nowymi władzami PRL-u ks. Zwierz też sobie poradził. Zaraz po przejściu frontu pojechał do Rzeszowa i od władz wojewódzkich otrzymał potrzebne pełnomocnictwa, dzięki czemu już 1 września 1944 roku rozpoczęła się nauka w Gimnazjum i Liceum Mechanicznym, a niedługo potem w Szkole Ogrodniczej. Dyrektorem obu tych szkół został mianowany ks. Zwierz. Obie szkoły rozwijają się znakomicie, podnoszą poziom nauczania i wypuszczają coraz lepiej przygotowanych do zawodu absolwentów. Władze szkolne państwowe z uznaniem odnoszą się do dyrektorstwa ks. Zwierza i w roku 1947 dekorują go Złotym Krzyżem Zasługi "za dziesięcioletnią pracę na rzecz rozwoju szkolnictwa ropczyckiego". I na tym kończy się sielankowa "współpraca" ks. Zwierza z nowymi władzami. W tym samym roku 1947, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego wydaje 2 czerwca tajną instrukcję, aby usuwać ze szkolnictwa "nauczycieli cieszących się powszechnym autorytetem i uznaniem".
Jeszcze dwa lata ks. Zwierz był dyrektorem. Dnia 10 lutego 1949 roku otrzymał pismo następującej treści: ".z dniem 17 lutego 1949 roku odwołuję Obywatela od pełnienia obowiązków dyrektora". Była burzliwa reakcja młodzieży, ale oczywiście bezskuteczna, a Ks. Zwierz otrzymał nakaz opuszczenia pomieszczeń zajmowanych przez niego w budynku szkoły pod rygorem przymusowej eksmisji. Po latach, z okazji jubileuszu tak to dosadnie skomentował dziennikarzowi: "Do 1949 byłem dyrektorem obu szkół, a potem mnie wylali".
Przez pewien czas uczył jeszcze w tej szkole religii, a potem wyjechał z Ropczyc i podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie uwieńczone najpierw magisterium z teologii a następnie doktoratem.
Do działalności społecznej wrócił w roku 1955 i dalej wspierał swoim autorytetem różne inwestycje miejskie, takie jak: budowę Zakładu Mechanicznego w Czekaju, budynku SOP, Banku Spółdzielczego, Spółdzielni Pracy, Spółdzielni Rzemieślniczo-Krawieckiej, Zakłady Związku Spółdzielni Inwalidów, a nawet dworca PKS i PKP oraz szpitala miejskiego. Nie ma w Ropczycach ważniejszych obiektów czy budynków użyteczności publicznej, które by nie nosiły śladów działalności Ks. Zwierza.
To go cieszyło, tym żył, bo kochał to miasto i chciał je widzieć pięknym, nowoczesnym, tętniącym życiem, zaludnionym uczącą się młodzieżą. Z okazji jubileuszu powiedział: "Mam u schyłku życia satysfakcję, że dzisiejsze Ropczyce awansowały, że nie przypominają już tego zapyziałego miasteczka, jakim było kiedyś i że jest w tym jakiś mój udział".
W dowód uznania dla takiej postawy został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Ks. Jan Zwierz zakończył życie rankiem 19 maja 1995 roku. W przeddzień śmierci po spowiedzi i przyjęciu sakramentu chorych długo rozmawiał z ks. proboszczem Janem Delektą wyznając, że odchodzi z tego świata z jednym niespełnionym marzeniem - doczekania koronacji Figury MB Ropczyckiej, "widocznie taka była wola Boża". Stało się to dopiero sześć lat po jego śmierci.
Trumnę ze zwłokami złożono w kościele Imienia Maryi i stąd w dniu 21 maja przeniesiono do kościoła parafialnego. Ceremoniom pogrzebowym, przy licznym udziale wiernych, przewodniczył ks. biskup Edward Białogłowski w asyście ok. 100 kapłanów. Ciało spoczęło na cmentarzu parafialnym w grobowcu księży i tam czeka na powszechne zmartwychwstanie.

19. Ks. Jan, Stanisław Kic 1908-1993
Ks. Jan Kic pochodził z Brzeska. Tu się urodził 8 marca 1908 roku i tu został ochrzczony 7 kwietnia 1908 roku. Rodzicami chrzestnymi byli Michał Łysaniku i Maria jego żona. Chrztu św. udzielił mu proboszcz ks. Jan Oleksy nadając chłopcu imiona Jan i Stanisław.
Ojciec Janka, Feliks był nauczycielem, a matka Eugenia z d. Bogacz zajmowała się domem i wychowaniem 11 dzieci. Rodzice byli ludźmi głęboko wierzącymi i w domu panowała atmosfera zdrowej pobożności. Trudno dziś odtworzyć dzieje tej licznej rodziny. Wiadomo, że najstarszy brat Janka brał udział jako oficer w kampanii wrześniowej, dostał się do niewoli sowieckiej i zginął w Katyniu. Siostra, nauczycielka zginęła w Oświęcimiu.
Janek ukończył szkołę podstawową i gimnazjum w rodzinnym Brzesku. W roku 1926 wstąpił do Seminarium Duchownego w Tarnowie i po czteroletnich studiach teologicznych, ukończonych z wynikiem celującym (wszystkie stopnie najwyższe z możliwych) w dniu 29 czerwca 1930 roku otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Leona Wałęgi w katedrze tarnowskiej.
Potem rozpoczęła się jego praca duszpasterska. Pierwszą placówką był wikariat w Przecławiu. Trwał niedługo, bo tylko 6 miesięcy. Dnia 15 grudnia 1930 roku ks. biskup zamianował go administratorem w Radomyślu Wielkim, tam gdzie rok wcześniej inny kapłan z parafii brzeskiej, ks. Jan Zwierz pomagał proboszczowi w rozbudowie kościoła. Z Radomyśla został ks. Kic przeniesiony na wikariat do Wadowic Górnych. Niedługo tam zabawił, bo już 15 lipca 1932 roku otrzymał nominację na proboszcza w Rytrze. Był drugim z kolei proboszczem w tej młodej, powstałej w 1931 roku parafii. Tam przeżył ciężkie lata wojny i okupacji niemieckiej, która na sądecczyźnie była szczególnie uciążliwa z powodu cieszącego się ponurą sławą okrutnego komendanta gestapo w Nowym Sączu.
W roku 1945 otrzymał ks. Kic przeniesienie na placówkę duszpasterską do Padwi po zmarłym tragicznie ks. Władysławie Lassowskim, który zginął na skutek wybuchu miny.
Ks. Kic był początkowo administratorem tej placówki. Nominację na proboszcza otrzymał dopiero w roku 1958. Był już wtedy odznaczony kapłańskim odznaczeniem EC oraz przywilejem noszenia Rokiety i Mantoletu (RM).
Parafia Padew była bardzo rozległa, liczyła prawie 5 tysięcy mieszkańców i należało do niej 9 wiosek leżących w odległości od 2 do 6 kilometrów od kościoła parafialnego. Posiadała 4 kaplice publiczne dojazdowe i 7 szkół podstawowych, jedna w miejscu i sześć na wioskach. Pracy więc nie brakowało młodemu, liczącemu 37 lat proboszczowi, który miał do pomocy dwóch wikariuszy.
Jego wszechstronną i ofiarną działalność duszpasterską tak opisuje ks. Tadeusz Rodak, proboszcz sąsiedniej parafii Gawłuszowice, który miał okazję przez długie lata z bliska obserwować, co się działo w Padwi za czasów proboszczowania ks. kanonika Jana Kica:
"Patrząc na jego długie życie: 85 lat i bogatą pracę duszpasterską stwierdzamy, że był to kapłan według Serca Bożego. Kochał kapłanów i wiernych. Służył wszystkim w sposób zaskakujący. Do każdego odnosił się z szacunkiem i zaufaniem. Dla każdego miał czas, dobre słowo, cierpliwość i wyrozumiałość. Dla każdego miał zawsze otwartą plebanię, gdzie z radością ugościł. Kto z nim się spotkał, odchodził napełniony nową radością i nadzieją życia. Swoje powołanie kapłańskie realizował jako służbę Bogu i ludziom. Jako dobry gospodarz nie zaniedbał spraw budowlanych. Wraz z parafianami remontował dach na kościele, sprawił nowe organy, witraże, konfesjonały, wybudował dom katechetyczny oraz plebanię. Ukoronowaniem jego pracy było wybudowanie nowej świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski w Zachwiejowie. Dla lepszego zrozumienia prawd wiary z wielką pasją i bezinteresownie wyświetlał filmy religijne tak w parafii jak i w diecezji. Spośród swoich parafian wyróżnił nauczycielkę Stefanię Uzar, która w czasie II wojny światowej była łączniczką - strażniczką na Pawiaku. Tu z wielkim poświęceniem ułatwiała i sama rozdzielała Komunię św. więźniom. O jej działalności napisał książkę pt. "Bohaterka Eucharystii na Pawiaku".
Ks. Kic oprócz proboszczowania pełnił w dekanacie baranowskim najpierw funkcję wicedziekana, a potem dziekana. W roku 1970 władza diecezjalna w dowód uznana dla Ks. Kica, za jego gorliwość duszpasterską i wierność Kościołowi obdarzyła go godnością kapelana Jego Świątobliwości. Ks. Prałat Kic pełnił swoje obowiązki do roku 1984. Mając lat 76 zrezygnował z urzędu i już jako rezydent mieszkał na plebanii w parafii, której poświęcił 39 lat swego kapłańskiego życia. Zmarł w poniedziałek 25 stycznia 1993 roku, w godzinach porannych. Przeżył 85 lat, w tym 63 lata w kapłaństwie.
W środę 27 styczna o godz. 11 rozpoczęły się ceremonie pogrzebowe. Przewodniczył im ks. Biskup Piotr Bednarczyk z Tarnowa i on wygłosił kazanie. W koncelebrze wzięli udział: Ks. Biskup Marian Zimałek, wikariusz generalny z Sandomierza i przedstawiciele kurii diecezjalnych z obu diecezji oraz prawie stu kapłanów diecezjalnych i zakonnych. Świątynię wypełnili licznie zebrani parafianie padewscy i zakonnice ze Zgromadzenia SS Dominikanek i Pasterek. Ciało złożono na cmentarzu parafialnym.

20. Kazimierz Kajetan Mucha - o. Stanisław OFM 1907-1934
Zakon Braci Mniejszych (bernardyni)
Przy ulicy Szczepanowskiej nr 108 (obecnie Okulickiego) na Słotwinie w parafii św. Jakuba w Brzesku stał niegdyś dom rodzinny Teofila Muchy (+5.02.1967) i Józefy z d. Adamczyk (+27.07.1969). Teofil prowadził zakład ślusarsko-kowalski, a Józefa była gospodynią domową. Przenieśli się tam niedługo po pierwszej wojnie światowej spod browaru okocimskiego, gdzie Teofil wcześniej pracował i wybudowali własny dom dzięki pomocy barona Goetza. Mieli ośmioro dzieci, czterech chłopców i cztery dziewczęta: Kazimierza, Marię, Zbigniewa, Mieczysława, Jerzego, Teresę, Józefę i Jadwigę. W domu panował duch pracowitości i pobożności. Jedna z córek wspomina tę atmosferę rozmodlenia, jaką stwarzał ojciec, który codziennie poświęcał na modlitwę wczesne godziny poranne między drugą a czwartą, bo później czekała go praca w kuźni. Do dziś pozostało w tej rodzinie głębokie przekonanie, że niemożliwością jest, aby rozpoczynać dzień bez modlitwy. Nic więc dziwnego, że w takiej rodzinie, dwóch synów obrało stan kapłański.
Najstarszy, Kazimierz chyba usłyszał głos powołania bardzo wcześnie, bo w rodzinie zachowała się pamięć, jak to będąc czteroletnim malcem odwiedził kiedyś razem z babcią kościół ojców bernardynów we Lwowie i zachwycony nabożeństwem mówi do babci, że i on też chciałby być księdzem i mówić takie kazania do ludzi. Czyżby to była pierwsza iskra powołania?.
Kazimierz urodził się 7 sierpnia 1907 roku w Straszęcinie, gdzie rodzice mieszkali zaraz po ślubie. Chrztu św. udzielił mu 10 sierpnia tamtejszy wikariusz ks. Andrzej Piś i nadał chłopcu imię Kazimierz Kajetan. Chrzestnymi byli Józef Adamczyk i Helena Gawle.
Kazimierz uczęszczał do szkoły podstawowej w Okocimiu w latach 1912-1919. Potem rozpoczął naukę w brzeskim gimnazjum, ale po czterech latach przerwał ją i 18 sierpnia 1923 roku, mając lat szesnaście wstąpił do Zakonu OO Bernardynów w Leżajsku. Po rocznym nowicjacie 19 sierpnia 1924 roku złożył pierwsze śluby zakonne i przybrał imię Stanisław. Następnie przerobił dwie klasy gimnazjum we Lwowie (1924-1926) i został wysłany na studia filozoficzno-teologiczne do Włoch.
O tym okresie życia Kazimierza tak pisze jeden ze współbraci zakonnych: ". wstąpił do Zakonu OO Bernardynów w kwiecie wieku i zaraz w nowicjacie posłyszał pierwsze wołanie Boże wzywające go do pracy na misjach. Już wówczas odznaczał się niezwykłą gorliwością. Chwiejących się współbraci serdecznie upominał i przykładem zachęcał do wytrwania, a za występujących poświęcał się podejmując za nich z naiwną prostotą przeróżne umartwienia. Choć się z umartwieniami tymi skrzętnie ukrywał, nie uszło to bacznej uwagi współbraci, budząc wśród nich szczery podziw i cześć dla "małego misjonarza".
Filozofię studiował w zakonnym seminarium w Lucce (1926-1928) i tam 15 sierpnia 1928 roku złożył śluby wieczyste. Przez następne dwa lata (1928-1930) studiował teologię w Colleviti i prawo kanoniczne na Antonianum w Rzymie. Równocześnie przygotowywał się do pracy misyjnej. Dnia 31 maja 1931 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Rzymie i wrócił do Polski.
Tu w rodzinnej parafii św. Jakuba w Brzesku odbyły się jego prymicje. Ojciec Stanisław przyjechał do Brzeska pociągiem i na stacji kolejowej w Słotwinie został przywitany przez rodaków i w asyście banderii oraz młodzieży w strojach krakowskich odprowadzony do rodzinnego domu. Nazajutrz, 29 czerwca, w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła mieszkańcy Słotwiny w uroczystej procesji przeprowadzili Prymicjanta otoczonego wieńcem do kościoła w Brzesku. Gdy procesja doszła do ulicy Głowackiego wyszedł jej naprzeciw ks. dziekan Stosur wraz z miejscowymi kapłanami i wiernymi. Nastąpiło uroczyste przywitanie O. Stanisława i wprowadzenie go do kościoła na Mszę św. prymicyjną. Tyle zachowała w pamięci jedna z młodszych sióstr Prymicjanta, która była wtedy kilkuletnim dzieckiem.
Po prymicjach o. Stanisław wyjechał do Lwowa, aby wraz z o. Władysławem Przybyszem przygotować się do wyjazdu na misje do Japonii. Dnia 18 października 1931 roku, w niedzielę misyjną odbyło się nabożeństwo pożegnalne w kościele oo Bernardynów we Lwowie. Po przemówieniu kustosza klasztoru, o. Bronisława i odczytaniu listu o. Generała z Rzymu, którego misjonarze wysłuchali leżąc krzyżem na stopniach ołtarza nastąpiło poświęcenie i nałożenie krzyży misyjnych: "Przyjmij Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, w którym jest zbawienie, życie i zmartwychwstanie nasze". Przyjmując go każdy z nich odpowiadał: "nie daj Boże, bym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata" (Ga 6,14). Potem wśród śpiewów i modlitw nastąpiło wzruszające pożegnanie najpierw z Jezusem Eucharystycznym przed otwartym tabernakulum, przed którym klęcząc odmówili formułę modlitewną: "Chwalimy Cię, Najświętszy Panie Jezu, Chryste, tu i po wszystkich kościołach Twoich, jakie są na całym świecie i błogosławimy Tobie, żeś przez święty Krzyż Twój odkupił świat". Potem pożegnali się z braćmi zakonnymi i z rodziną. O. Stanisława pożegnały matka z córką Marią obecne w kościele. O godzinie 14 wszyscy wyszli przed kościół, misjonarze zajęli miejsca w samochodzie i odjechali. Było to ostatnie spotkanie O. Stanisława z matką i siostrą. Trzy lata później już nie żył.
W redakcji miesięcznika "Dzwonek Trzeciego Zakonu" pozostała po nich notatka z datą wyjazdu i poświadczeniem otrzymanych z Franciszkańskiego Związku Misyjnego pieniędzy (300 dolarów i 2.393 złotych) na pokrycie kosztów wyjazdu i potrzeb związanych z pracą misyjną.
Podróż trwała 16 dni najpierw pociągiem przez Związek Sowiecki i Mandżurię do Korei, potem statkiem do Japonii. U celu podróży w Sapporo byli 3 listopada. O. Stanisław pozostał tam do kwietnia 1932 roku, aby dokończyć studium teologii i uczyć się języka japońskiego. Z Sapporo został skierowany do Maoka na Sachalinie i tam pomagał o. Paulinowi Wilczyńskiemu oraz nabierał doświadczenia w pracy misyjnej. Zapowiadało się, że będzie wartościowym pracownikiem misyjnym. Niestety słabe zdrowie i niespodziewana choroba zniweczyła te nadzieje.
Będąc jeszcze w Sapporo, w czerwcu 1932 roku zachorował i był zmuszony poddać się operacji ślepej kiszki. Ze względu na słabe serce do operacji, która trwała półtorej godziny nie był usypiany i jak pisał, przeżył ją z wielkim bólem graniczącym chwilami z utratą przytomności: "Wszystkie moje bóle ofiarowałem wtedy za mych chrześcijan, którzy ze swej strony modlili się do Pana Boga o mój powrót do zdrowia". O. Stanisław wspomina w tym liście pisanym z Sapporo 13 lipca 1932 roku o wielkiej życzliwości tamtejszych chrześcijan i serdecznej trosce, która objawiała się, między innymi w nieustannej opiece i czuwaniu przy jego łóżku.
Po wyzdrowieniu wrócił 1 sierpnia do Maoka i w dalszym ciągu doskonalił znajomość japońskiego.
Pod koniec roku 1932 rozpoczął samodzielną pracę w Otomari. Spędził tam bardzo pracowity rok 1933 w trudnych warunkach klimatycznych, gdy woda w mieszkaniu zamarzała i wino w kielichu też czasem. Zima 1933/34 była szczególnie ciężka. Obfite opady śniegu tworzące zaspy do pięciu metrów wysokości bardzo utrudniały pracę misyjną, gdy trzeba było o każdej porze być gotowym do posługi duszpasterskiej i pokonywać wiele kilometrów, aby dotrzeć do rozrzuconych na dużej przestrzeni Sachalina osad ludzkich.
W takich warunkach zdrowie znów zaczęło szwankować i 8 marca 1934 roku o. Stanisław ponownie znalazł się w szpitalu w Sapporo. Tam miała miejsce druga operacja jamy brzusznej. Podobnie jak przy pierwszej i tę przecierpiał nieusypiany. W liście z dnia 14 marca pisał ze szpitala do rodziny: "Kochani Rodzice! Obecnie jestem chwilowo w Sapporo leżąc w szpitalu, gdyż 8 III miałem operację z powodu porośnięcia się kiszek razem. Trwała około półtorej godziny, ale nie była bardzo bolesna, dowodem tego, że obecnie dobrze się czuję. Rana też ładnie się zabliźnia, na Wielkanoc wrócę do Otomari. Proszę się nie martwić, gdyż zmartwieniem mnie się nie pomoże, a tylko sobie się zaszkodzi. Zawsze musimy zgadzać się z wolą Boga, czy w złem czy w dobrem. Kończąc pozdrawiam Was, Najukochańsi Rodzice, Rodzeństwo, prosząc o modlitwę. O. Stanisław Mucha".
Pisał tak, żeby uspokoić rodzinę, ale niestety do zdrowia już nie powrócił. 17 marca znów musiał poddać się operacji, trzeciej z kolei, lecz i ona nie przyniosła spodziewanej poprawy. Od tego dnia czuł się coraz gorzej, polepszenie nie następowało, a boleści się potęgowały. O. Stanisław często powtarzał: "Chciałbym wyzdrowieć i pracować dla misji, ale jeśli jest inna wola Boża, to chętnie przyjmę śmierć".
Dnia 5 kwietnia stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Wnet po południowym opatrzeniu rany puls przestał bić, a boleści się wzmogły. Około godziny 18 rozpoczęto po polsku modlitwy przy konającym i niedługo potem nastąpił zgon. O. Stanisław zmarł w szpitalu Sióstr Misjonarek Maryi w 27 roku życia i trzecim roku kapłaństwa.
Pogrzeb odbył się 7 kwietnia, w sobotę. W obrzędach pogrzebowych wzięło udział 19 kapłanów zakonnych, 10 braci i 11 sióstr ze Zgromadzenia Misjonarek Maryi oraz 30 Polaków z Sachalina, a także wielka liczba miejscowych wiernych. Po Mszy św. uczestnicy pogrzebu trzema autobusami i dwudziestoma samochodami udali się na cmentarz katolicki w Sapporo i tam złożyli ciało Zmarłego. Na grobie położono płytę marmurową i postawiono krzyż z napisem w języku japońskim. (Te szczegóły dotyczące ostatnich chwil życia o. Stanisława i jego pogrzebu opisał o. Gerard Piotrowski naoczny świadek i towarzysz zakonny o. Stanisława).
Trzydzieści sześć lat później w roku 1970 p. Franciszek Kołodziej, szwagier o. Stanisława spotkał się w Zakładach Chemicznych w Mościcach z pracującym tam Japończykiem panem Sajdżo i opowiedział mu o polskim misjonarzu w Japonii, którego grób znajduje się w Sapporo. Ten zwrócił się do swego ojca w Japonii, Naczelnego Dyrektora Przedsiębiorstwa i poprosił o odnalezienie tego grobu. Dzięki jego uprzejmości i osobistemu zaangażowaniu odnaleziono grób o. Stanisława Muchy i dnia 8 września 1970 roku złożono tam kwiaty oraz odprawiono modły za zmarłych, a rodzinie w Brzesku przesłano relację z tej uroczystości i fotografię grobu.

21. Ks. Jarosław, Henryk, Kamil Klenowski 1909-1968
Nazywał się najpierw Kleinam, potem Klenowski. Był synem adwokata dr Henryka Kleinmana i Kamili Zaoral, a jego dziadkami ze strony ojca byli Dawid Kleinman i Judyta z d. Matzner. Łatwo się domyśleć, że pochodził z rodziny żydowskiej. Czy jego ojciec był chrześcijaninem, nie wiadomo, matka z pewnością, bo inaczej nie doszłoby do chrztu. Urodził się 7 listopada 1909 roku w Brzesku i tu został ochrzczony 26 grudnia 1909 roku przez proboszcza, księdza Jana Oleksego. Na chrzcie św. otrzymał imiona: Jarosław, Henryk, Kamil. Chrzestnymi byli Jarosław Zaoral i Hermina Topolska.
Trudno dziś powiedzieć, gdzie Jarosław spędził dzieciństwo. Do gimnazjum uczęszczał w Dębicy, potem uczył się w Zakładzie OO Jezuitów w Chyrowie, a maturę zdawał w Samborze w roku 1927. W latach gimnazjalnych zmienił nazwisko na Klenowski i pod takim nazwiskiem zgłosił się do Seminarium Duchownego w Przemyślu. W tym czasie jego ojciec już nie żył. W Seminarium wyróżniał się inteligencją, zdolnościami i pilnością. Na profesorach robił niezłe wrażenie, egzaminy zdawał przeważnie na bardzo dobrze, tylko nieliczne na dobry. Charakter miał trochę niespokojny i to sprawiało, że nie przez wszystkich był lubiany. W czasie jego pobytu w seminarium profesorem teologii i rektorem był wyniesiony obecnie na ołtarze ks. Jan Balicki.
Jarosław zakończył studia teologiczne w roku 1932 i dnia 19 czerwca tego roku przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa przemyskiego Anatola Nowaka lub jego sufragana biskupa Franciszka Bardy.
Potem pracował jako wikariusz w parafii Rudka od 1.08.1932 do 10.01.1934. następnie parafii Raniżów (20.01.1934 - 12.10.1935). z tej parafii zachowała się pinia proboszcza o swoim wikariuszu: "Życie jego dotychczasowe w Raniżowie jest wzorowe pod każdym względem. Kazania wypracowuje sumiennie, głosi je wymownie i ze zbudowaniem wiernych. W słuchaniu spowiedzi wiernych jest bardzo pilnym, nabożeństwa odprawia pobożnie i punktualnie. W szkołach udziela nauki religii bardzo regularnie, pracuje też z pożytkiem i wydatnie w stowarzyszeniach oraz w Krucjacie. Z Proboszczem miejscowym utrzymuje wzorową solidarność idąc mu zawsze na rękę w pracach duszpasterskich. Jest kapłanem zdolnym, bardzo wstrzemięźliwym w używaniu trunków, do towarzystwa świeckich nie ma skłonności i bywa w nich tylko od wypadku, natomiast w stowarzyszeniach kapłanów chętnie przebywa. Życie duchowe praktykuje".
Dnia 12 października 1936 r. został ks. Jarosław mianowany administratorem parafii Rybotycze i tam zastała go wojna. Czasy były ciężkie, a okolice bardzo niespokojne na skutek działalności nacjonalistów ukraińskich wrogo nastawionych do ludności polskiej. Ks. Klenowski przez cały ten okres przebywał w tamtym rejonie i w pewnym okresie zastępował równocześnie proboszcza w parafii Niżankowice, który poszukiwany przez Ukraińców ukrywał się przed nimi. Przeżył szczęśliwie okupację sowiecką, a od czerwca 1941 roku zajęcie tych terenów przez wojska niemieckie. Wtedy zaistniała niebezpieczna sytuacja ze względu na żydowskie pochodzenie ks. Jarosława. Był nawet aresztowany, ale interwencja biskupa Bardy uratowała mu życie. Ostatnią jego placówką w diecezji przemyskiej był wikariat w parafii Haczów.
Dnia 12 września 1946 roku otrzymał tam pozwolenie z Kurii Diecezjalnej w Przemyślu na półroczny urlop i wyjazd z parafii, przedłużony w marcu 1947 na rok następny. Wyjechał do Opolskiej Administratury Apostolskiej (nie było jeszcze formalnych diecezji na ziemiach zachodnich) i zamieszkał w Gliwicach. Tam został zatrudniony jako katecheta w I Państwowym Gimnazjum i Liceum Męskim i pracował na tym stanowisku do końca roku szkolnego 1947/48. Cieszył się tam opinią kapłana inteligentnego, aktywnego, lubianego przez młodzież i mającego korzystny wpływ na nią.
To właśnie, a także pewne ujemne cechy jego osobowości i brak roztropności oraz zlekceważenie upomnień ze strony kurii biskupiej sprawiły, że ściągnął na siebie podejrzenia, poważne zarzuty i ostrą reakcję władz państwowych. Zakończyło się to procesem i uwięzieniem ks. Klenowskiego w latach 1948-1951.
Po uwolnieniu z więzienia w sierpniu 1951 roku zamieszkał w Gliwicach przy ul. Zygmunta Starego nr 10 w domu opieki prowadzonym przez SS Boromeuszki i zwrócił się do Kurii Biskupiej w Przemyślu z prośbą o urlop w celu poratowania zdrowia. Po urlopie widzimy go w roku 1952/3 w charakterze wikariusza substytuta w parafii św. Józefa w Zabrzu. Następną placówką było od lutego 1955 roku probostwo w parafii św. Józefa w Gliwicach. Obowiązki te pełnił do roku 1957. Wtedy spotkało go drugie nieszczęście. Za brak roztropności i panowania nad słabościami swego charakteru dnia 30 października 1957 roku został zwolniony z probostwa i otrzymał od władzy kościelnej zakaz sprawowania funkcji kapłańskich.
Ks. Klenowski zrozumiał wtedy, jak naganne było jego postępowanie, odprawił przepisaną prawem kościelnym pokutę i poprosił o zwolnienie z kar kościelnych. Zamieszkał w klasztorze Ojców Redemptorystów w Gliwicach i myślał o wstąpieniu do tego zakonu. Uzyskał tyle, że mógł celebrować Mszę św. prywatnie w ich domu zakonnym. Przebywając u Redemptorystów najpierw w Gliwicach a potem w Łomnicy k. Piwnicznej poświęca dużo czasu na rozmyślanie, modlitwę i praktyki pokutne. Swoim zachowaniem i wewnętrzną przemianą wzbudził zaufanie do tego stopnia, że przełożony domu, O. St. Wójcik redemptorysta osobiście zwrócił się do Biskupa przemyskiego z prośbą, aby władze kościelne rozważyły możliwość zdjęcia z ks. Klenowskiego kar kościelnych, co tez nastąpiło 13 maja 1959 roku.
Ks. Klenowski otrzymuje pozwolenie na sprawowanie funkcji kapłańskich, opuszcza Administraturę Apostolską Śląska Opolskiego i przez pewien czas zostaje kapelanem u SS Pasterek w Topólnie, diecezja chełmińska.
Na początku lat sześćdziesiątych przenosi się do diecezji krakowskiej. Mieszka jako rezydent w parafii Żywiec-Sporysz, a potem w Żywcu-Zabłocie. Wiernie wypełnia praktyki życia wewnętrznego, rokrocznie bierze udział w rekolekcjach kapłańskich i sprawuje posługi duszpasterskie w zależności od miejscowych potrzeb. Niepotrzebnie tylko wdaje się w spór z właścicielami domu, u których mieszkał, lecz na szczęście kończy się to obopólnym porozumieniem.
Większość czasu poświęca teraz pracy naukowej. Tłumaczy z języka niemieckiego na polski Historię Kościoła Bihlmeyer-Tichle'go, Teologię Moralną Heringa, Rozmyślania liturgiczne "Illuminare" i "Rozważania. powiedzenia.". Współpracował z Wydawnictwem SS Loretanek w Warszawie, które wspominają go jako kapłana pobożnego, pracowitego i niestety już poważnie chorego. Cierpiał na cukrzycę.
Ks. Klenowski zmarł w szpitalu w Gliwicach dnia 26 (albo 25) grudnia 1968 roku. Bezpośrednią przyczyną zgonu był zawał serca. Pogrzeb odbył się w sobotę 28 grudnia o godz. 9.00 na cmentarzu w Gliwicach. W ceremoniach pogrzebowych brał udział przedstawiciel Kurii Diecezji Przemyskiej, ks. kan. Dominik Bialic.
Ks. Jarosław Klenowski był odznaczony Expositorium Canonicale i przywilejem noszenia Rokiety i Mantoletu.

22. Ks. Stanisław Wilhelm Grzybek 1915-1998
Kapłanem, który nie pochodził z Brzeska, ale jego rodzice przywędrowali do Brzeska "za chlebem", był ks. Stanisław Grzybek. Urodził się w Lipnicy Murowanej i tam spędził pierwsze lata swego życia. Przyszedł na świat 14 kwietnia 1915 roku. Jego rodzicami byli Józef i Karolina z d. Wojciechowska. Dnia 18 kwietnia został ochrzczony w tamtejszym kościele parafialnym przez ks. Leona Pyzikiewicza, wikariusza lipnickiego. Na chrzcie otrzymał dwa imiona, Stanisław i Wilhelm. Rodzicami chrzestnymi byli Michał Grzybek i Małgorzata Wojciechowska. Stanisław był najstarszy spośród siedmiorga dzieci, jakie urodziły się w rodzinie Grzybków. (Jedno zmarło niedługo po urodzeniu.)
Po zakończeniu I wojny światowej ojciec Stanisława otrzymał posadę w browarze okocimskim i to zadecydowało, że cała rodzina przeniosła się do Brzeska. Początkowo mieszkali na terenie miasta, a potem ojciec otrzymał mieszkanie służbowe tuż przy browarze i tam się przeprowadzili. W tamtych czasach okolice browaru należały do parafii okocimskiej, dlatego Stanisław po święceniach kapłańskich prymicje odprawił w kościele w Okocimiu.
Gdy wybuchła II wojna światowa i Niemcy zajęli browar, Grzybkowie musieli opuścić to mieszkanie i ponownie zamieszkali w Brzesku.
Egzamin dojrzałości złożył w 1933 roku i zgłosił się do seminarium duchownego w Krakowie. Gdy otrzymał tam negatywną odpowiedź, wstąpił do Częstochowskiego Seminarium Duchownego, które wtedy mieściło się w Krakowie. Poszedł w ślady swego krewnego, ks. Franciszka Bardela, który był kapelanem wojskowym i po zwolnieniu z wojska pracował jako katecheta n a terenie diecezji częstochowskiej, w Radomsku.
Studia teologiczne rozpoczął w 1933 roku na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wielką pomocą materialną było dla niego stypendium, jakie otrzymywał co miesiąc w wysokości sześćdziesięciu złotych z miejsca pracy swego ojca. Był bowiem wtedy taki piękny zwyczaj, że właściciel browaru, baron Jan Goetz fundował stypendia dla studiującej młodzieży swoich pracowników. Była to duża pomoc dla wielodzietnej rodziny państwa Grzybków.
Stanisław zakończył studia w roku 1938 ze stopniem magistra teologii i dnia 26 czerwca 1938 roku przyjął święcenia kapłańskie w katedrze częstochowskiej z rak ordynariusza diecezji biskupa Teodora Kubiny, a na obrazku prymicyjnym, posłuszny wezwaniu Bożemu umieścił słowa: "Oto idę, abym czynił wolę Twoją, Boże mój" (Ps 39,9).
Pierwszą placówkę duszpasterską otrzymał dnia 1 września 1938 roku w Dąbrowie Górniczej. Był tam wikariuszem i etatowym prefektem szkoły podstawowej w niedawno utworzonej parafii św. Józefa. Pracy było dużo. Parafia dopiero się organizowała, ale ludzie byli bardzo życzliwi i serdecznie odnosili się do młodego kapłana. Trwały wówczas prace przy budowie kościoła, które mobilizowały i scalały wspólnotę parafialną. Ks. Stanisław z zapałem włączył się w życie młodej parafii. Z pełnym zaangażowaniem oddał się katechizacji dzieci i niesieniu pomocy osobom potrzebującym i bezrobotnym.
Tam zastał go wybuch II wojny światowej i tam przeżył pierwszy rok okupacji niemieckiej. W drugim roku wojny, 11 lipca 1940 roku, ks. Biskup zamianował go wikariuszem w parafii Koziegłowy, gdzie pracował do 30 czerwca następnego roku. Od 1 lipca 1941 roku ks. Stanisław objął placówkę w Krzepicach, gdzie był początkowo wikariuszem a następnie administratorem. Były to ciężkie lata wojny. Były sytuacje wymagające poświęcenia, połączonego z ryzykiem utraty wolności, a nawet życia.
Trzeba pamiętać, że diecezja częstochowska była przedzielona nieprzekraczalną granica na dwie części, zachodnią i wschodnią. Część zachodnia została włączona do III Rzeszy, a część wschodnia do Generalnego Gubernatorstwa. W części zachodniej były trudniejsze warunki duszpasterzowania. Społeczeństwo polskie i duchowieństwo spotykało się z częstymi szykanami i represjami, wywózką na roboty do Niemiec i do obozów koncentracyjnych. Wojna zastała ks. Stanisława w zachodniej części diecezji i tam musiał pozostać do końca wojny, ponieważ Polakom nie wolno było legalnie przekraczać granicy między III Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem., a pozwoleń Niemcy nie udzielali.
W Krzepicach więc pracował do końca okupacji. W połowie stycznia 1945 roku całe terytorium diecezji zostało wyzwolone i ks. biskup Kubina mógł już bez trudności organizować życie religijne w całej diecezji, a zwłaszcza na jej terenach zachodnich.
Dnia 20 stycznia 1945 roku ks. Stanisław zostaje przeniesiony z Krzepic do Wieruszowa i zamianowany administratorem parafii św. Mikołaja. Tę funkcję pełnił tylko do września, ale w ciągu tego krótkiego czasu odnowił kościół po zniszczeniach wojennych i przywrócił normalny porządek funkcjonowania liturgii. Działalność ta spotkała się ze szczerą wdzięcznością pozbawionej w czasie okupacji opieki duszpasterskiej wspólnoty parafialnej, która chętnie współpracowała z młodym duszpasterzem.
Dnia 12 września 1945 roku biskup Kubina odwołał ks. Grzybka z tego stanowiska, przeniósł do Krakowa i polecił pełnić funkcję prokuratora w seminarium duchownym, czyli zająć sprawami bytowymi zakładu. Ks. Grzybek podobnie jak w Wieruszowie pracował nad odnowieniem budynku po zniszczeniach wojennych oraz starał się o zabezpieczenie bytu materialnego seminarium. Tę funkcję pełnił przez pięć lat do 30 czerwca 1950 roku. Po zwolnieniu z tego stanowiska oddał się całkowicie pracy dydaktyczno-naukowej, choć nie zrezygnował także z działalności duszpasterskiej.
Przez długie lata pobytu w Krakowie, prawie do końca życia pełnił posługę duszpasterską w kościele ss Felicjanek, a przez 26 lat również w parafii Matki Bożej Królowej Polski na Woli Justowskiej. U sióstr Felicjanek prowadził wykłady z Pisma Św. dla nowicjuszek i głosił konferencje biblijne w chórze zakonnym, na których przekazywał swoje przemyślenia i refleksje związane z przekładem i egzegezą ksiąg Starego Testamentu. Brał też częsty udział w uroczystościach zakonnych, w czasie których przewodniczył obrzędom liturgicznym. Siostry wspominają go jako gorliwego kapłana, który budował wszystkich autentycznym życiem wewnętrznym i głębią myśli teologicznej.
Praca naukowo-dydaktyczna to osobny rozdział w życiu ks. Grzybka. Zaangażował się w nią jeszcze w latach seminaryjskich przed wojną. Był nawet typowany na dalsze studia do Rzymu, ale wojna pokrzyżowała te plany. Po wojnie, będąc jeszcze prokuratorem w seminarium duchownym podjął na nowo tę działalność i szybo awansował na polu naukowym. Najpierw od 1945 roku był asystentem przy katedrze teologii dogmatycznej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie prowadził zajęcia zlecone z archeologii biblijnej. W 1949 roku uzyskał stopień doktora z biblistyki, a w trzy lata później złożył pracę habilitacyjną. Jako doktor habilitowany otrzymał nominację na docenta w tym samym roku, w którym władze państwowe zlikwidowały Wydział Teologiczny U.J.
Wobec tego ks. Grzybek w roku 1954 podjął wykłady z teologii biblijnej w nowo utworzone Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i prowadził je z przerwą w latach 1956-63 aż do przejścia na emeryturę w 1980 roku. Na tej uczelni uzyskał stopniowo najpierw tytuł profesora nadzwyczajnego, potem profesora zwyczajnego i trzykrotnie pełnił funkcję dziekana Wydziału Teologicznego, a raz prodziekana.
Równocześnie z pracą dydaktyczną w A.T.K. prowadził wykłady nauk biblijnych w seminariach diecezjalnych i zakonnych na terenie Krakowa, a okresowo również na KUL-u.
W tym okresie z inicjatywy metropolity krakowskiego Karola Wojtyły powstał w miejsce zlikwidowanego Wydziału Teologicznego U.J. kościelny Wydział Teologiczny przemianowany następnie na Papieski Wydział Teologiczny. Ks. Grzybek pracował tu kolejno jako docent i profesor, a dwukrotnie jako dziekan tej uczelni, za co biskup Wojtyła przesłał mu 14 czerwca 1974 roku specjalne podziękowanie podkreślając jego głębokie zaangażowanie i zasługi wobec tej uczelni.
Po przejściu na emeryturę w 1980 roku ks. Grzybek podjął jeszcze wykłady w Krakowie na nowopowstałej Papieskiej Akademii Teologicznej i pełnił tu funkcję dziekana Wydziału Teologicznego w latach 1982-85. W roku 1986, po ukończeniu siedemdziesiątego roku życia przeszedł ostatecznie na emeryturę.
W następnych latach nie zerwał jednak całkowicie z pracą dydaktyczna. Prowadził seminarium naukowe ze Starego Testamentu i przygotowywał studentów do zdobywania stopni naukowych. Dzięki jego pomocy 31 osób zdobyło stopień doktora teologii w zakresie biblistyki, 30 napisało rozprawę licencjacką, a ponad 200 pracę magisterską. Ks. Grzybek kochał Biblię i chętnie dzielił się z innymi wiedzą na jej temat.
Pisał tez wiele artykułów i rozpraw naukowych poświęconych Biblii oraz opracował przekłady kilku jej ksiąg. Był współzałożycielem i długoletnim redaktorem dwumiesięcznika pt. "Ruch Biblijny i Liturgiczny". Wydawał drukiem przygotowane przez siebie homilie i rozmyślania oparte na Piśmie św. dla kapłanów oraz chętnie służył swoją osobą, gdy trzeba było wygłosić referat, konferencję, kazanie, czy rekolekcje.
W trosce o lepsze poznanie i głębsze zrozumienie Biblii zorganizował siedem pielgrzymek do Ziemi Świętej, w których sam chętnie uczestniczył.
Za swoją piękną postawę kapłańską, za gorliwą służbę Kościołowi w dwóch diecezjach, częstochowskiej i krakowskiej, za wybitne osiągnięcia naukowe i popularyzatorskie Stolica Apostolska z okazji jego złotego jubileuszu kapłaństwa w 1988 roku nadała ks. Grzybkowi godność protonotariusza apostolskiego czyli infułata.
A Papieska Akademia Teologiczna, z którą przez lata współpracował wręczyła mu w 1997 roku medal "Bene merenti", odznaczenie kościelne przyznawane za wybitne zasługi dla uczelni. Wcześniej jeszcze otrzymał zaszczytny tytuł "Tajny Szambelan Jego Świątobliwości Jana XXIII".
Świadomość, że wiernie służył Kościołowi i pracowicie wykorzystał talenty i uzdolnienia otrzymana od Boga, które zaowocowały tak bogatym dorobkiem naukowym z pewnością osładzała mu ciężkie chwile w chorobie, która nękała go przez sześć ostatnich lat życia.
Umarł zaopatrzony na drogę do Pana wieczności sakramentami świętymi w dniu 23 października 1998 roku. Przeżył 83 lata i 6 miesięcy, w tym prawie 61 w kapłaństwie.
Pogrzeb rozpoczął się 27 października o godz. 9 w kaplicy Seminarium Sosnowieckiego w Krakowie. Mszy św. koncelebrowanej przez 23 kapłanów przewodniczył ks. biskup Adam Śmigielski ordynariusz sosnowiecki. W homilii pogrzebowej ukazał zmarłego ks. Infułata jako wzór kapłańskiego życia i wyraził głęboką wdzięczność w imieniu diecezji i seminarium za wszystko, co mu zawdzięcza.
Następnie przewieziono trumnę do kościoła uniwersyteckiego św. Anny i tam o godz. 12 odbyła się liturgia pogrzebowa. Mszy św. żałobnej przewodniczył ks. arcbp. Stanisław Nowak, metropolita częstochowski. Wraz z nim koncelebrowało 11 biskupów i ponad 300 kapłanów. W pogrzebie wzięli udział przedstawiciele kapituł i czterech kurii diecezjalnych, delegaci uczelni katolickich i seminariów duchownych oraz zgromadzenia zakonne i wierni z Krakowa, Lipnicy Murowanej i Brzeska. Ks. Arcybiskup w homilii żałobnej oddał hołd Zmarłemu przedstawiając go jako wychowawcę wielu pokoleń kapłańskich, a ks. biskup Kazimierz Nycz odczytał telegram Ojca św. Jana Pawła II.
Trumnę zgodnie z życzeniem zmarłego ks. Infułata złożono na cmentarzu Najświętszego Salwatora w Krakowie.

23. Ks. Józef, Stanisław Rogóż 1913-2000
Ks. Józef Rogóż urodził się 28 maja 1913 roku w Jadownikach, w rodzinie Stanisława i Magdaleny z d. Żmuda. Była to rodzina liczna, złożona z sześciorga własnych dzieci i jednej dziewczynki, kuzynki żony Stanisława. Wiele trzeba było troski i zabiegów, aby utrzymać i wyżywić tak liczną rodzinę. Ojciec, Stanisław Rogóż był zdolnym i znanym w okolicy snycerzem i poświęcił się głównie rzeźbie kościelnej. Do dziś spotkać można w okolicznych kościołach jego ołtarze i figury świętych Pańskich. Matka zajmowała się gospodarstwem i opieką nad dziećmi. Rodzina mieszkała w Jadownikach do roku 1922, a potem przeniosła się na Brzezowiec. Przyszły kapłan przyjął chrzest św. w Jadownikach dnia 29 maja 1913 roku i otrzymał imię Józef Stanisław. Szafarzem był ks. Jakub Luraniec, wikariusz jadownicki, a chrzestnymi Jan Małek i Anna Stawiarska.
Józef uczęszczał w Brzesku do szkoły podstawowej i gimnazjum. Maturę zdał w 1934 roku i zaraz rozpoczął pięcioletnie studium teologii w tarnowskim seminarium duchownym. Ukończył je w 1939 roku i 29 czerwca przyjął święcenia kapłańskie w katedrze tarnowskiej z rąk Biskupa Edwarda komara. Szczęśliwy, że Bóg spełnił jego marzenie umieścił na obrazku prymicyjnym słowa wdzięczności: "Błogosławiony Bóg, który nie odrzucił modlitwy mojej i miłosierdzia swego ode mnie" (Ps 65,20). Jego kapłańskie życie zaczęło się dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej. Nie rokowało to niczego dobrego.
Na pierwszą placówkę duszpasterską wysłał go biskup do Jazowska. Pracował tam jako wikariusz do roku 1941. Były to czasy okupacji niemieckiej i terroru szczególnie ciężkiego na sądeczyźnie, gdzie słynął ze swego okrucieństwa komendant nowosądeckiego gestapo, Haman. Młody kapłan zaangażował się w działalność konspiracyjną i zagrożony uwięzieniem a w konsekwencji obozem lub nawet śmiercią opuścił diecezję tarnowską i przeniósł się na Podlasie. Tam pod zmienionym nazwiskiem, jako ks. Władysław Oćwieja pracował na terenie diecezji siedleckiej do końca wojny. Potem wrócił do diecezji.
Tutaj otrzymał skierowanie do Limanowej. Wyjechał objąć wikariat 6 kwietnia 1945 roku, ale jego pobyt w Limanowej trwał zaledwie kilka miesięcy. Były to czasy, kiedy ziemie odzyskane zaludniały się przesiedleńcami ze wschodu. Powstawały nowe parafie i odczuwano powszechnie brak polskich kapłanów. Nawet władze polskie rozumiały, że obecność księdza najszybciej przyczynia się do tworzenia nowych wspólnot wśród napływowej ludności i chętnie popierały wyjazdy księży na zachód. Ks. Rogóż również postanowił tam wyjechać. Poprosił biskupa o zezwolenie i w 1946 roku znalazł się w archidiecezji wrocławskiej. Tam otrzymał placówkę duszpasterską w nadgranicznym Zgorzelcu, w parafii pod wezwaniem św. Bonifacego. Początkowo pracował wraz z dawnym proboszczem narodowości niemieckiej, ks. Schulzem, z którym się zaprzyjaźnił i wspólnie organizowali duszpasterstwo dla autochtonów i przybyszów. Potem ks. Schulz wyjechał do Niemiec i ks. Rogóż jako proboszcz miał pod opieką miejscowy kościół i kilka kościołów w okolicy.
Pracował bardzo ofiarnie, nie żałował sił i czasu, aby zaspokoić potrzeby religijne swoich parafian. Szczególnie serdecznie zajął się młodzieżą, jej formacją duchową i patriotyczną. To wzbudzało podejrzenia władz Urzędu Bezpieczeństwa, że ksiądz zajmuje się polityką i prowadzi działalność wrogą Polsce Ludowej - zarzut bardzo niebezpieczny w owych czasach. Doszło do tego, że po 4 latach duszpasterzowania w Zgorzelcu ks. Rogóż został aresztowany i osadzony w więzieniu we Wrocławiu.
Nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby nie starania Ludwika Tychoniewicza, męża tej kuzynki, która jako siódme dziecko wychowywała się razem z nim w rodzinnym domu. Tychoniewicz w czasie wojny był więźniem Oświęcimia i tam spotkał się i zapoznał z Józefem Cyrankiewiczem, który po wojnie został premierem. Postanowił więc wykorzystać tę znajomość, pojechał do Warszawy, przedstawił mu całą sprawę i ten ułatwił mu spotkanie z ówczesnym prezydentem Bierutem. Aczkolwiek nie bez trudności uzyskał to, że na polecenie telefoniczne z Warszawy ks. Józef został zwolniony z więzienia.
Nie wrócił już do Zgorzelca, ale przyjechał do Jadownik. Po drodze wstąpił na Jasną Górę, aby podziękować Matce Bożej za odzyskaną wolność. W Jadownikach zamieszkał na Bocheńcu przy kościele św. Anny i prowadził cichy żywot jakby pustelnika, korzystając z bezinteresownej pomocy sąsiadów, u których się stołował. Myślał nawet o wstąpieniu do jakiegoś zgromadzenia zakonnego. Zwierzył się z tego zamiaru swojej matce, ale ona słusznie zdając sobie sprawę, że te myśli są raczej podyktowane bolesnymi przeżyciami z więzienia, niż natchnieniem Bożym, stanowczo mu to odradzała.
Tymczasem władze powiatowe w Brzesku zainteresowały się jego pobytem na Bocheńcu i podejrzewały działania zmierzające do utworzenia nowej parafii. Wezwany w tej sprawi proboszcz jadownicki, ks. Piękoś tłumaczył, że nikt o tym nie myśli i po powrocie zachęcił ks. Józefa, aby zgłosił się do Kurii i omówił z biskupem swoją sytuację życiową.
Ks. Rogóż posłuchał tej rady, pojechał do Tarnowa i po rozmowie z ks. biskupem Janem Stepą otrzymał 23 listopada 1950 r. nominację na referenta spraw duszpasterskich w Kurii Diecezjalnej. Zamieszkał w Tarnowie i do jego obowiązków należało utrzymywanie kontaktów z wszystkimi parafiami, opracowywanie i dostarczanie aktualnych materiałów duszpasterskich oraz wszelka pomoc w tym zakresie. Na tym stanowisku pracował przez 17 lat.
Dnia 23 października 1967 roku Ks. Rogóż został zwolniony z tego stanowiska i zamianowany najpierw administratorem parafii Przecław po zmarłym w tym roku proboszczu ks. Karolu Zającu, a następnie 24 lutego 1971 roku proboszczem Przecławia. Od razu zabrał się energicznie do pracy. Jak wspominają parafianie zaczął od remontu budynku plebańskiego. Wymiana centralnego ogrzewania, odwodnienie budynku, wymiana okien i podłóg, pokrycie plebanii nową blachą, otynkowanie, odmalowanie, to etapy tej pracy, które, biorąc pod uwagę trudności lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wymagały wielkiej energii i umiejętności organizacyjnych.
Potem przyszła kolej na kościół, który też czekał na nowe ogrzewanie i odwodnienie. I tak dawny urzędnik kurialny zmieniał się stopniowo w budowniczego, organizatora, gospodarza, a czasem nawet pracownika fizycznego.
Podziwiali parafianie również pełną skupienia i pobożności kapłańską postawę swego proboszcza. "Jeśli nie było go na plebanii, to oczywiste było, że w tym czasie przebywa w kościele w konfesjonale - dużo czasu spędzał tam na modlitwie" - mówili. I tym ich budował. I tą troską, aby przychodzić z pomocą wszystkim potrzebującym, i takim organizowaniem nabożeństw, aby ułatwić starszym uczestnictwo we Mszy św. w późniejszych godzinach. Znana była jego troska o to, aby udały się rekolekcje i spowiedź parafialna, o co wraz z parafianami dużo modlił się wcześniej.
Miał kontakty z zagranicą i wykorzystywał je do organizowania pomocy materialnej dla biednych w parafii. "Nie potrafił przejść obojętnie widząc ludzką krzywdę" - wspominali.
Trwałym pomnikiem jego pobytu w Przecławiu pozostanie kościół w Korzeniowie wybudowany dzięki jego zabiegom oraz utworzona przy nim nowa parafia. Jego dziełem jest też wybudowanie kaplicy mszalnej w Wylowie, wiosce oddalonej parę kilometrów od kościoła parafialnego.
Proboszczowanie ks. Rogoża w Przecławiu trwało 21 lat i zakończyło się w 1988 roku. Mając lat 75 złożył rezygnację i wyjechał z Przecławia. Nie zamierzał jednak trwać w bezczynności. Zapytany kiedyś, czy nie powinien już odpoczywać, odpowiedział: "Jak chcecie, żebym umarł szybo, to mnie wyślijcie na emeryturę".
Nie chciał szybko umierać, więc pomyślał o Austrii. Miał tam kilku znajomych księży, znał język niemiecki i to ułatwiło mu załatwienie potrzebnych formalności. Na wiosnę 1989 roku wyjechał do diecezji Linz. Tamtejszy biskup przydzielił ks. Rogoża do parafii w miasteczku Ried w charakterze pomocnika proboszcza, ks. Leitnera. Został serdecznie przyjęty przez niego i przez społeczność parafialną. Wyrazem tego było urządzenie ks. Józefowi, wnet po przyjeździe, uroczystości złotego jubileuszu kapłaństwa. Uroczystość ta odbyła się 12 lipca 1989 roku i zgromadziła kilkunastu księży przyjaciół, znajomych i dawnych współpracowników z Przecławia.
Ks. Józef przepracował w Ried 6 lat i przyjechał w 1995 roku do Polski na urlop. Tutaj pod koniec urlopu, na przełomie czerwca i lipca spotkało go nieszczęście. Nastąpił wylew do mózgu, który spowodował częściowy paraliż i uniemożliwił powrót do Austrii.
Po leczeniu w szpitalu tarnowskim, które poprawiło nieco stan jego zdrowia zamieszkał w Domu Kapłana pod wezwaniem św. Józefa, w Tarnowie przy ul. Pszenna 7. Przyszedł czas na refleskję i przygotowanie się na spotkanie z Tym, który go przed laty powołał do swojej służby.
Ks. Józef Rogóż umarł 29 lipca 2000 roku w Tarnowie. Przeżył lat 87, w tym 61 w kapłaństwie. Pogrzeb odbył się 1 sierpnia 2000 roku w parafii Miłosierdzia Bożego w Brzesku. Ceremoniom pogrzebowym przewodniczył ks. biskup Piotr Bednarczyk. Wzięło w nich udział około dwudziestu kapłanów, parafianie z Brzeska i delegacje z Przecławia i Korzeniowa. Nie zdążył przyjechać ks. Leitner z Austrii, ponieważ telegram o śmierci nie zastał go w domu. S. Leitner wiedział o chorobie ks. Józefa, odwiedził go w szpitalu, a potem kilkakrotnie w domu emerytów i żywo interesował się jego życiem. Po pogrzebie skontaktował się z rodziną i prosił o bliższe szczegóły dotyczące śmierci i pogrzebu, aby podzielić się nimi ze swoimi parafianami i wspólnie modlić się za jego duszę.
Trumnę z ciałem Zmarłego złożono w grobowcu rodzinnym na cmentarzu komunalnym w Brzesku. Tam czeka na powszechne zmartwychwstanie.
Ks. Józef Rogóż był odznaczony przywilejem noszenia Rokiety i Mantoletu.

24. Mieczysław Jan Mucha - O. Stanisław (junior) OFM 1917-1945
Zakon Braci Mniejszych (Bernardyni)
Mieczysław urodził się 3 grudnia 1917 roku w Okocimiu, gdy rodzice mieszkali jeszcze koło browaru. Dnia 16 grudnia tego roku tamtejszy proboszcz, ks. Stanisław Krzemieniecki udzielił mu chrztu św. i nadał imię Mieczysław Jan. Chrzestnymi byli Roman Romański i Helena Hnatko żona Teodora.
Do szkoły podstawowej Mieczysław uczęszczał w Brzesku, natomiast naukę na poziomie szkoły średniej pobierał w Radecznicy koło Sokala, gdzie było Kolegium Serafickie oo Bernardynów "dla młodzieży pragnącej kapłaństwa". Tam przebywał od 1929 do 1933 roku. W tym roku wstąpił do zakonu oo Bernardynów i dnia 4 września 1933 roku, w szesnastym roku życia (podobnie jak jego brat) rozpoczął nowicjat. Rok później, 5 września 1934 roku złożył pierwsze śluby. Przyjął wtedy imię zakonne Egidiusz i pod tym imieniem figuruje w Schematyzmie zakonu z roku 1934 (s. 30) w konwencie leżajskim. Był to akurat rok śmierci jego starszego brata w Japonii i ówczesny przełożony konwentu, który prawdopodobnie był kolegą szkolnym zmarłego o. Stanisława Muchy zaproponował mu, aby przejął po bracie imię Stanisław, co br. Egidiusz chętnie uczynił. Odtąd figuruje w dokumentach Zakonu jako o. Stanisław (Mieczysław) Mucha.
Mieczysław, teraz już jako br. Stanisław kontynuuje dalej naukę w wyższych klasach Gimnazjum Ogólnego w Sokalu nad Bugiem (1934-1938) i kończy ją egzaminem dojrzałości złożonym w Państwowym Gimnazjum w Sokalu w roku 1938. Po maturze rozpoczyna studia filozoficzno-teologiczne we Lwowie.
Dnia 9 stycznia 1939 roku już jako student I roku filozofii składa prośbę o dopuszczenie go do ślubów uroczystych, wieczystych, a 1 marca tego roku podpisuje stosowne dokumenty świadczące o gotowości kandydata do podjęcia zobowiązań płynących z tych ślubów. Dnia 2 marca 1939 roku o godz. 5.30 (ante meridiem) br. Stanisław Mucha składa śluby wieczyste we Lwowie na ręce br. Metodego Sikory w obecności świadków: br. Justyniana Maciaszka i br. Adama Müllera.
Drugi rok filozofii ukończył br. Stanisław już w czasie II wojny światowej w Alwernii koło Chrzanowa (1939-1940), a teologię studiował w Kalwarii Zebrzydowskiej w latach 1940-1942.
Dnia 26 kwietnia 1942 roku przyjął święcenia subdiakonatu, niedługo potem diakonatu, a 18 października 1942 roku został wyświęcony na kapłana w bazylice oo Franciszkanów w Krakowie.
Po święceniach przyjechał do Kalwarii Zebrzydowskiej, aby tam odprawić Mszę św. prymicyjną, w której z pewnością uczestniczyła matka Prymicjanta, bo widzimy ją na fotografii wraz z synem w krużgankach klasztoru.
Po tej uroczystości o. Stanisław pozostał w Kalwarii, aby ukończyć studia teologiczne i dopiero w grudniu przyjechał do Brzeska na prymicje w rodzinnej parafii. Uroczystość prymicyjna odbyła się 28 grudnia 1942 roku, w oktawie Bożego Narodzenia i była bardzo skromna. Jak wspomina siostra, nie było banderii ani uroczystego powitania. Wszystko odbywało się prawie w konspiracji. Rodzina udała się do kościoła prywatnie, a we Mszy św. prymicyjnej uczestniczyli tylko miejscowi kapłani, ks. dziekan Jakub Stosur, ks. prof. Michał Blecharczyk i ks. katecheta Paweł Wieczorek. Czy przyjechali bracia zakonni o. Prymicjanta, tego siostra nie pamięta.
Po prymicjach o. Stanisław wyjechał do Kalwarii, a stamtąd do Lwowa. Z listów, jakie przesyłał do rodziny dowiadujemy się, że pierwsza placówką duszpasterską był Lwów, gdzie pracował jako wikariusz w parafii klasztornej do listopada 1943 roku. Potem został przeniesiony do Leszniowa: "Jestem tymczasowo, to znaczy oficjalnie należę do Lwowa, a jestem w rzeczywistości w Leszniowie przy parafii" - pisał 6 listopada 1943 roku. "Mniej jest ruchu i po Lwowie się trochę przykrzy". Z tego listu dowiadujemy się też, że w klasztorze mieszka kilkanaście rodzin, które uciekły z Wołynia, i wyczuwa się pewien niepokój, ale także wiarę w Opatrzność Bożą: "Jak się dalej życie ułoży, nie wiem, ale przy pomocy Bożej da się wszystko przetrwać".
W następnym liście pisanym z Leszniowa 7 lutego 1944 roku dostrzega się wzrastającą niepewność i odczucie zagrożenia: "Piszę, gdyż każdy dzień u nas znaczy bardzo wiele i możemy znaleźć się rozdzieleni" (co też niebawem nastąpiło. Ale na razie był spokój, a odwagi dodawała obecność wojska). "Jest trochę wojska w Leszniowie, więc śpimy spokojnie nie bojąc się bandytów". I swoim zwyczajem uspokaja rodziców: "Proszę się nie martwić o mnie, bo nad wszystkim czuwa Bóg i zbytnio nie wierzyć w różne bujdy, gdyż przeważnie to jest nieprawda, albo setna część w tym prawdy".
Tymczasem robi się coraz niebezpieczniej. Prawdopodobnie z powodu przesuwania się frontu i przemarszu wojsk, gdy o. Stanisław wybrał się do Lwowa , już nie mógł wrócić: "zostałem odcięty i musze czekać, aż będę mógł powrócić na swoją placówkę" - pisze w innym liście bez daty. Żywi też nadzieję na spotkanie z rodziną i uspokaja: "Proszę się nie martwić o mnie, ani płakać, ale się modlić, bo dużo doznałem opieki Bożej. Nigdzie się nie schroni przed śmiercią". Donosi w tym liście o tragicznej śmierci dwóch kapłanów i dwóch braci zakonnych zamordowanych w miejscowości Fraga koło Chodorowa, gdzie miał pracować i uważa to za dowód przedziwnej opieki Bożej.
O. Stanisław nie wspomina w tych listach, co działo się wtedy w Leszniowie, bo prawdopodobnie był już w Sokalu nad Bugiem jako przełożony i proboszcz parafii zakonnej, a może nie chciał niepokoić rodziców. A Leszniów przeżył w tym okresie trzy zbrojne napady U.P.A.: 3 marca i 5 listopada 1944 roku oraz 26 lutego 1945 roku. Za każdym razem ludność, która zdążyła się wcześniej schronić w zabudowaniach klasztornych odparła je szczęśliwie. Bardzo pomocną okazała się wówczas broń, jaką władze radzieckie dały klasztorowi dla obrony.
Gdy front przesunął się na zachód, spełniło się pragnienie o. Stanisława i udało mu się odwiedzić rodzinę w lutym 1945 roku. W liście wysłanym 2 marca z Zabuża po powrocie z Brzeska opisuje perypetie podróży powrotnej. Najpierw jechał pociągiem przez Dębicę, Dąbie, Rozwadów i Rzeszów, potem autem do Lublina i Chełma, a następnie furmanką do Hrubieszowa i znów autem, tym razem z milicją do Bełza i wreszcie do Sokala. Podróż z przerwami trwała dwa tygodnie (od 5 do 18 lutego).
Wyczerpany ale szczęśliwy pisze o czekających go spowiedziach wielkopostnych u siebie i w okolicznych miejscowościach, do których zaprosił go ksiądz z Krystynopola: "bym pomógł mu w spowiedzi w Bełzie, może w Uhnowie, gdyż wszędzie nie ma księży".
O. Stanisław żyje tą pracą. Jest ona najgłębszą treścią jego kapłańskiego powołania i nie myśli o niebezpieczeństwach. Tymczasem w czasie takiej właśnie posługi na wyjeździe, między Krystynopolem a Sokalem, w Dobraczynie koło Sokala został napadnięty i zamordowany, gdy wracał furmanką z Krystynopola do klasztoru. Stało się to 5 albo 7 marca 1945 roku w trzecim tygodniu Wielkiego Postu. Zginął w 28 roku życia i trzecim roku kapłaństwa, równie młodo jak jego brat w Japonii.
Bardzo trudno jest dziś ustalić okoliczności tej tragicznej śmierci. Świadków nie było, a zwłok nie odnaleziono. Może zostały utopione w Bugu?
Brat Antoni Dębski, jedyny wówczas współpracownik zakonny o. Stanisława w Sokalu, żyjący dziś, świadek tamtych wydarzeń wspomina, że o zamordowaniu dowiedział się od milicji. Nie wiedziano nic pewnego, ale zrodziło się takie przypuszczenie, że przyczyną mógł być fakt, iż z o. Stanisławem jechał wtedy p. Adamko, tamtejszy działacz polonijny usilne poszukiwany przez Ukraińców. Gdy ich razem spotkali, razem zamordowali.
Trochę w innej wersji dotarła ta wieść do Brzeska. Przynieśli ją żołnierze polscy jadący na zachód. Wiedzieli, że o. Mucha pochodził z Brzeska, więc wstąpili na plebanię i powiedzieli o tym ks. dziekanowi Stosurowi. Ks. dziekan nie chciał tej smutnej wiadomości przekazywać rodzicom przez osoby trzecie, lecz sam pojechał osobiście i poprosił p. Teofila, aby przyszedł na plebanię, bo ma mu coś ważnego powiedzieć. Zależało mu na tym, aby rodziców, zwłaszcza matkę stopniowo przygotować do przyjęcia tego bolesnego faktu. Na plebanii opowiedział ojcu, co usłyszał od żołnierzy. Ojciec starał się jakoś oględnie powiadomić o tym matkę i dzieci, a i tak matka potem to odchorowała.
Cała rodzina głęboko przeżyła śmierć syna i brata. Nie wiedzieli wszystkiego. Wiedzieli tylko, że zginął, że został zamordowany, ale nie znane były okoliczności tej śmierci. Dopiero kilka miesięcy potem krewny ze strony ojca, Stanisław Nowakowski, służący w wojsku na tamtych terenach przywiózł trochę szczegółów, ale były tak drastyczne, że nie odważył się opowiedzieć ich rodzicom o. Stanisława. Podzielił się nimi tylko z trzema siostrami Zamordowanego, Marią, Teresą i Józefą. One zachowały to dla siebie, nikomu nie powiedziały i rodzice do śmierci nie dowiedzieli się o tym.
Według jego relacji o. Stanisław, gdy go ujęto miał być oskarżony o posiadanie broni, zrewidowany, a potem torturowany prawdopodobnie przy użyciu piły i w rezultacie zamordowany. Nowakowski dowiedział się o tym od miejscowych ludzi, którzy podejrzewali także księdza ukraińskiego, że mógł być w to w jakimś stopniu zamieszany. Świadków otwarcie zeznających nie było, ciała nie odnaleziono, więc niemożliwością było ustalenie wszystkich okoliczności.
Jednak ten szczegół o ewentualnym udziale księdza ukraińskiego w tej zbrodni tak głęboko utkwił w sercu Teresy, siostry o. Stanisława, że kilkadzieścia lat później, gdy była w Wysowej u męża w sanatorium i przy okazji wstąpili w niedzielę do cerkwi, to gdy usłyszała śpiew cerkiewny i zobaczyła księdza prawosławnego przy ołtarzu, ożyło w niej wspomnienie śmierci brata. Tamta scena stanęła jej przed oczyma jak żywa i zrobiło się jej słabo, tak że musieli ją wyprowadzić. Mało brakowało, a byłaby zemdlała. Do dziś nie jest zdolna spokojnie o tym myśleć i nie ma odwagi, aby znów wejść do cerkwi.
Dziś trudno jest coś więcej o tym powiedzieć. Czas pozacierał wszelkie ślady, a pamięć ludzka jest zawodna. Pozostał nagi fakt śmierci zadanej w okrutny sposób człowiekowi, który z racji swego powołania kapłańskiego niósł ludziom posługę jednania z Bogiem w sakramencie pokuty i tę posługę przypłacił życiem.
O. Stanisław nie miał pogrzebu i nie ma grobu. Jego ciało zaginęło, ale Bóg odnajdzie je na dzień powszechnego zmartwychwstania. Natomiast w Brzesku ksiądz dziekan przekazał parafianom wiadomość o tej śmierci i odprawił uroczyste nabożeństwo żałobne przy licznym udziale wiernych, a rodzina Zmarłego umieściła jego imię i datę śmierci na grobowcu rodzinnym.

25. Ks. Franciszek, Andrzej Kostrzewa
Ks. Franciszek Kostrzewa jest synem Stanisława i Marii z d. Szot. Ojciec (+27.03.1953) był pracownikiem urzędu katastralnego w Brzesku, a matka z zawodu krawcowa (+ 30.09.1968) zajmowała się pracą domową oraz opieką nad siedmiorgiem swoich dzieci żyjących, bo czworo zmarło wcześniej: dwóch synów z pierwszego małżeństwa w wieku lat 11 i dwoje dzieci z drugiego małżeństwa w wieku niemowlęcym. W pracy tej pomagała jej najstarsza córka Ewa z pierwszego małżeństwa i matka Marii, babcia Waleria. W sumie rodzina składał się z dziesięciu osób i mieszkała przy tej części ulicy Brzezowieckiej, która znajdowała się tuż poza granicą miasta i należała już do Brzezowca. Oprócz urzędniczej pensji ojca wielką pomocą w zaopatrzeniu rodziny w żywność był ogród przydomowy i około pól morga gruntu.
Przyszły kapłan urodził się 30 września 1928 roku jako czwarte dziecko z drugiego małżeństwa matki i został ochrzczony 21 października 1928 roku w kościele parafialnym św. Jakuba przez ks. dziekana Jakuba Stosura, który nadał chłopcu imiona Franciszek Andrzej. Chrzestnymi rodzicami byli Andrzej Kostrzewa i Joanna Kostrzewa żona Józefa, brata ojca.
Spokojne dzieciństwo pierwszych lat życia zakończyło się w dniu 1 września 1939 roku, gdy wybuchła druga wojna światowa. Franciszek ukończył właśnie cztery klasy Szkoły Podstawowej im. ks. Stanisława Konarskiego w Brzesku i wybierał się do klasy piątej, gdy wojna wtargnęła brutalnie w jego życie. Bombardowanie stacji kolejowej na Słotwinie, długi szereg idących ku miastu pokrwawionych i przerażonych ludzi, nurkujące nad domem rodzinnym niemieckie myśliwce z czarnymi krzyżami i oddział polskiej piechoty chroniącej się przed nimi pod gankiem budynku - oto pierwsze obrazy rozpoczynającej się wojny, jakie utkwiły w pamięci 11-letniego chłopca. Potem przyszły następne - gorączkowe wyjazdy uciekających przed Niemcami sąsiadów, decyzja matki (ojciec był na wojnie), że nigdzie się nie ruszamy, i obserwowany przez okno most nad Uszwicą, jak uniósł się w górę, przełamał w połowie i runął do rzeki, a dopiero potem potężny wybuch wstrząsnął powietrzem aż zadźwięczały szyby. I jeszcze jeden obrazek z tamtych dni - pierwsze patrole niemieckich żołnierzy w stalowozielonych mundurach na trójkołowych motocyklach z karabinem maszynowym gotowym do strzału, jak pędziły ulicami miasta na wschód, a kilka godzin potem oddział polskich żołnierzy, już rozbrojonych, maszerujących w odwrotnym kierunku, na zachód - do niewoli. Takie było pierwsze spotkanie z wojną i takie obrazy z pierwszych jej dni, które utkwiły na zawsze w pamięci.
Potem przyszła szara, ciężka, codzienna rzeczywistość okupacji niemieckiej. Nauka w szkole odbywała się już bez takich przedmiotów jak historia i geografia Polski i z bardzo okrojonym programem języka polskiego. Braki te trzeba było uzupełniać pokryjomu w domowej edukacji przy pomocy przedwojennych podręczników, bo szkole nie wolno się było tego uczyć.
Szkołę podstawową ukończył Franciszek w 1942 roku, po czym nastąpiła dwa i pół roku trwająca przerwa w nauce szkolnej. Aby uchronić się przed wywozem na przymusowe roboty do Niemiec pracował najpierw w koszykarni na Słotwinie (w tzw. Domu Ludowym przy ul. Szczepanowskiej), a potem, aż do dnia wyzwolenia, w Domu Żołnierza (Soldatenheim) w Brzesku, początkowo przy remoncie i przystosowaniu budynku do tego celu, a następnie jako kelner przy roznoszeniu posiłków.
Gdy w styczniu 1945 roku front przesunął się na zachód, władze polskie przystąpiły do otwarcia zamkniętego w czasie wojny Gimnazjum i Liceum brzeskiego. W lutym rozpoczęto naukę początkowo w budynku przedwojennym, ale rychło okazało się, że jest on za ciasny wobec wielkiej ilości młodzieży i naukę przeniesiono do pałacu Goetzów Okocimskich.
Franciszek rozpoczął edukację od klasy pierwszej i aby nadrobić stracony przez wojnę czas, pierwsze trzy klasy przerobił metodą skróconą w okresie od lutego 1945 roku do czerwca 19446 roku, a następne trzy klasy w normalnym czasie, tak że w maju 1949 roku złożył egzamin dojrzałości.
Z lat szkolnych zapamiętał sobie wspaniałe postacie nauczycieli-wychowawców, którym wiele zawdzięcza (ale to dopiero uświadomił sobie po latach) i jest wdzięczny Bogu, że pozwolił mu spotkać się z takimi ludźmi, jak Stanisława Wawrykiewicz wychowawczyni od drugiej do siódmej klasy szkoły podstawowej, jak profesorowie z gimnazjum i liceum, żeby wspomnieć choćby niektórych: Aniela Chmurowa, Czesław Złonkiewicz, Witold Zajączkowski, Irena i Michał Dąbrowscy, Helena Wawrykiewicz, Zofia Kądzielanka. Osobne wspomnienie należy się kapłanom, którzy mieli decydujący wpływ na rozwój jego powołania kapłańskiego. Byli to w pierwszym rzędzie ks. dziekan Jakub Stosur proboszcz i spowiednik, potem ks. katecheta Paweł Wieczorek, ks. profesor Michał Blecharczyk i ks. Stanisław Pękała profesor gimnazjalny, nie tylko nauczyciel religii ale ofiarny wychowawca dbający o wszechstronny rozwój młodzieży sobie powierzonej, i kształtujący charaktery młodzieży w założonej przez siebie Sodalicji Mariańskiej. To co oni wszczepili w młodą duszę owocuje do dnia dzisiejszego o tym się żyje na co dzień.
Do sakramentu bierzmowania przystąpił Franciszek w roku 1948, w czasie wizytacji parafii brzeskiej przez biskupa Jana Stepę. Była to wielka uroczystość obejmująca kilkuset młodych ludzi, którym lata wojenne przeszkodziły uczynić to wcześniej. Na patrona z bierzmowania obrał sobie św. Stanisława Kostkę.
Do seminarium nie zgłosił się od razu, bo miał inne plany. Dopiero w październiku, gdy już rozpoczął się rok akademicki, korzystając z pośrednictwa ks. prof. Michała Blecharczyka, dawnego katechety został przyjęty i w gronie siedemdziesięciu kleryków rozpoczął pięcioletnie studia teologiczne w Tarnowskim Seminarium Duchownym. Tam spotkał kolegę z brzeskiego liceum, Władka Piwowarskiego, późniejszego profesora socjologii na KUL-u, który po czwartym roku studiów tarnowskich przeniósł się do Olsztyna, tam kontynuował dalszą naukę i tam przyjął święcenia kapłańskie.
Dnia 9 maja 1954 roku Franciszek został wyświęcony na kapłana w gronie czterdziestu diakonów tarnowskich i dwóch ze Zgromadzenia Księży Filipinów. Święceń kapłańskich udzielił mu w katedrze tarnowskiej biskup Karol Pękala zastępujący chorego już biskupa ordynariusza Jana Stepę.
Tydzień później, 16 maja odbyły się prymicje - pierwsze po wojnie w rodzinnej parafii św. Jakuba w Brzesku. Nie doczekał ich ojciec prymicjanta zmarły w roku 1953, a szkoda, bo miał w tamtych trudnych czasach prześladowania Kościoła wiele przykrości w pracy, łącznie z utratą posady z tego powodu, że "syn poszedł na księdza".
Po prymicjach ks. Franciszek czekał na przydział placówki, bo musiał ją zatwierdzić Urząd d/s Wyznań. Stało się to dopiero w listopadzie. W tym czasie oczekiwania był przez miesiąc na zastępstwie w parafii Grybów.
Dnia 10 listopada 1954 roku został wikariuszem w parafii Porąbka Uszewska i zamieszkał w starej, zapadającej się w ziemię wikarówce, tuż przy Grocie Matki Bożej z Lourdes. Tam przeżył nagłą śmierć proboszcza, ks. Józefa Kiliana. Wstrząsająca to był achwila, gdy 1 kwietnia 1950 roku w sam dzień Zmartwychwstania Pańskiego na kwadrans przed rezurekcją zobaczył biegnącą w stronę wikarówki gospodynię z dramatyczną wiadomością, że właśnie przed chwilą ksiądz kanonik umarł. Wstał z łóżka, ubrał się, uklęknął do pacierza i przewrócił się martwy. I tak radość ego święta zamieniła się w głęboki żal po tak niespodziewanym odejściu powszechnie lubianego proboszcza. Potem dzieci z Łoniowej, które uczył religii opowiadały, że modlił się często, aby umarł nagle i w wielkie święto. I zasłużył sobie na to, że Bóg spełnił jego prośbę.
Po miesiącu administrowania ks. Franciszek przekazał parafię nowemu proboszczowi, ks. Kazimierzowi Zatorskiemu, który wnet zabrał się do remontu plebanii, tak że wkrótce zamienił starą wikarówkę na nowe mieszkanie w budynku plebańskim.
W czasie pobytu w Porąbce Uszewskiej miały miejsce dwa znaczące wydarzenia: elektryfikacja parafii (odpadły problemy z naftą i lampami) oraz pierwszy powiew wolności w 1956 roku, niestety krótkotrwały i krwawo zakończony, ale mający ten skutek, że Prymas Polski, ks. Kardynał Stefan Wyszyński odzyskał wolność, a religia wróciła do szkół.
W roku 1958 biskup przeniósł ks. Franciszka do Radłowa i tam pełnił on obowiązki wikariusza i katechety w szkole podstawowej na Woli Radłowskiej i w radłowskim liceum. Początkowo uczył w szkole ale niedługo, bo już na początku lat sześćdziesiątych trzeba było znowu organizować katechizację poza budynkiem szkolnym. Z tych lat pamięta miłą i serdeczną atmosferę na plebanii i harmonijną współpracę w gronie radłowskich duszpasterzy: ks. dziekana Piotra Łabny i ks. katechety Józefa Jemioły.
W latach 1961 do 1972 ks. Franciszek przebywał w Starym Sączu, najpierw w parafii św. Elżbiety (1961-1968), gdzie był wikariuszem i katechetą dzieci ze szkół podstawowych oraz młodzieży ze szkół średnich (Liceum Pedagogiczne i Zasadnicza Szkoła Zawodowa). Następnie (1968-1972) pełnił obowiązki rektora kościoła Świętej Trójcy przy klasztorze SS Klarysek.
11-letni pobyt w Starym Sączu był przede wszystkim wypełniony codzienna zwyczajną pracą wikariusza i katechety, która przebiegała w harmonijnej współpracy z ks. proboszczem dr Janem Kosem i księżmi kolegami katechetami. Szczególnym wydarzeniem w tym czasie dla księży i parafian była pierwsza w diecezji wizytacja kanoniczna nowego biskupa ks. Jerzego Ablewicza. Wszyscy z dużym zainteresowaniem obserwowali jej przebieg i zachowanie Wizytatora. Wypadła bardzo dobrze, a nowomianowany biskup zyskał sobie powszechną sympatię i życzliwość.
W roku 1968 ks. Kostrzewa po nominacji na rektora klasztornego kościoła Świętej Trójcy w Starym Sączu zamieszkał w budynku klasztornym razem z długoletnim kapelanem sióstr Klarysek, ks. Stanisławem Kruczkiem, zawodowym fotografem, który zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczał na konserwację zabytków klasztornych.
Prawie równocześnie (26.08.1968) otrzymał nominację na wizytatora nauki religii na szczeblu diecezjalnym i tak do obowiązków katechety w miejscu i prowadzenia duszpasterstwa przy klasztorze doszła konieczność wyjazdów wizytacyjnych w diecezji i współpraca z Referatem Katechetycznym Kurii Diecezjalnej w Tarnowie.
W tym okresie nawiązał też współpracę z zespołem prowadzonym przez ks. prof. Jana Charytańskiego z Warszawy pracującym nad nowym katechizmem, która trwała kilkanaście lat i zaowocowała powstaniem Katechizmu Religii Katolickiej dla klas V-VIII.
Na pół roku przed opuszczeniem Starego Sącza przeżył ks. Franciszek drugą w swoim życiu kapłańskim, nagłą śmierć księdza. Dnia 1 lutego 1972 roku, w czasie trwającej w klasztorze kongregacji dekanalnej zabrał głos w dyskusji ks. Stanisław Kruczek i zaledwie wypowiedział kilka słów, stracił przytomność i upadł martwy. Obecni kapłani z głęboką pokorą przyjęli lekcję poglądową kruchości ludzkiego życia, jakiej udzielił im. Pan Bóg.
Dnia 31 sierpnia 1972 roku biskup Jerzy Ablewicz zamianował ks. Kostrzewę Ojcem Duchowym w Seminarium Tarnowskim, a w następnym roku, po śmierci profesora homiletyki, ks. Rektora Franciszka Gawlika również wykładowcą tego przedmiotu. Po dwóch latach pobytu w Seminarium ks. Franciszek otrzymał nominację najpierw na administratora, a po zatwierdzeniu przez władze państwowe na proboszcza parafii Wniebowzięcia NMP w Krynicy Zdroju. Te obowiązki wykonywał przez 19 lat (1974-1993). W tym czasie przeprowadził modernizację budynków plebańskich, wybudował nowy dom katechetyczny, odbudował spalony kościółek parkowy, przeprowadził gruntowny remont parafialnego Domu Miłosierdzia "Józefa" i rozpoczął budowę Sanktuarium Matki Bożej na Górze Parkowej.
W roku 1993 pismem z dnia 7 października biskup Józef Życiński podziękował ks. Kostrzewie "za całokształt dotychczasowej pracy duszpasterskiej w parafii NMP Wniebowziętej w Krynicy Zdroju", a pismem datowanym 18 października 1993 roku zamianował go Diecezjalnym Wizytatorem Nauki Religii. Te obowiązki wykonywał przez pięć lat. dnia 31 sierpnia 1998 roku biskup Wiktor Skworc zwolnił ks. Kostrzewę z obowiązków Wizytatora i podziękował "za wielorakie działania katechetyczne". I tak w siedemdziesiątym roku życia ks. Franciszek przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Brzesku.
Do tych wielorakich działań katechetycznych, o których napisał biskup Skworc należy oprócz katechizowania i wizytowania wspomniana już współpraca z Zespołem Autorów Katechizmu Religii Katolickiej dla klas V-VIII, współredagowanie katechizmu pt. "Zbawiciel zbliża się" dla kl. III, katechizmu pt. "Jam jest Chleb Życia" dla kl. II oraz Katechizmu dla Dorosłych jako adaptacji Katechizmu Kościoła Katolickiego. Ponadto ks. Kostrzewa jest autorem konferencji "Jasne Dni" dla kandydatów do bierzmowania i konferencji formacyjnych dla katechetów świeckich na Studium Katechetycznym w Tarnowie. Pracował też w redakcji kazań dla dzieci i młodzieży oraz katechez na różnych stopniach katechizacji.
W uznaniu dla działalności kapłańskiej ks. Franciszka Kostrzewy władza diecezjalna odznaczyła go 10 września 1968 roku Expositorium canonicale (Ec), 30 września 1970 roku nadał przywilej noszenia Rokiety i Mantoletu (RM), a 10 października 1974 roku obdarzyła godnością kapelana Jego Świątobliwości.

26. Ks. Antoni Marian Szydłowski 1932-1992
Był najstarszym synem Stanisława i Kunegundy z d. Stec. Urodził się 2 czerwca 1932 roku w Brzesku. Po nim było jeszcze dziesięcioro dzieci: sześciu chłopców i cztery dziewczęta. Tę liczną gromadkę wychowywali rodzice w duchu głębokiej wiary i zdrowej pobożności. Podstawą utrzymania rodzina była ojcowska pensja listonosza w miejscowym urzędzie pocztowym i gospodarstwo rolne, na Brzezowcu, obecnie ul. Starowiejska, na którym wszyscy pracowali.
Życie boże przyszłego kapłana rozpoczęło się chrztem św., którego w dniu 12 czerwca 1932 roku udzielił ks. Jakub Stosur, proboszcz brzeski, nadając chłopcu dwa imiona Antoni Marian. Chrzestnymi byli Marian Kaniewski i Rozalia Król.
Antoś ukończył szkołę podstawową w Brzesku i zaczął naukę w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym. Po rozmowie z ks. Michałem Blecharczykiem, który w czasie wojny był katechetą w Brzesku, a po wojnie został Ojcem Duchownym w Seminarium tarnowskim Antoni przeniósł się do Tarnowa. Zamieszkał w małym seminarium i tam ukończył szkołę średnią. Po maturze wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego. Studia teologiczne zakończył w roku 1956 i 24 czerwca tegoż roku otrzymał sakrament kapłaństwa z rąk biskupa Karola Pękali w katedrze tarnowskiej.
Tej radosnej chwili nie doczekała matka Prymicjanta, która zmarła rok wcześniej we wrześniu 1955 roku. I ten fakt jak smuga cienia przysłonił radość dnia prymicyjnego. Dał temu wyraz w słowach umieszczonych na obrazku prymicyjnym: "Boże, daj wieczną radość mojej Matce, błogosław tym, którzy dopomogli mi dojść do Twego ołtarza".
Ks. Prymicjant trzy miesiące czekał na placówkę duszpasterską. Święcenia przyjął tuż przed "odwilżą październikową", gdy jeszcze obowiązywał reżim zatwierdzania placówek duszpasterskich przez ówczesne władze państwowe. A one nie śpieszyły się z tym zbytnio. Dopiero 7 listopada ks. Biskup po uzgodnieniu z Urzędem do spraw wyznań przydzielił ks. Antoniego na wikariat do Bochni. Tam od trzech lat proboszczował jego dawny katecheta, ks. dr Michał Blecharczyk.
Piękne to były lata spędzone pod serdecznym a równocześnie czujnym okiem życzliwego kapłana i dobra zaprawa duszpasterska. Cztery lata tam przepracował. 20 lipca 1960 roku władza kościelna przeniosła ks. Antoniego na wikariat do Limanowej. Najpierw pracował w parafii M.B. Bolesnej, gdzie brał czynny udział w przygotowaniach do koronacji Cudownej Figury Piety Limanowskiej, a po roku od 10 maja 1961 roku został oddelegowany do pracy przy kościele w Limanowej Sowliny, gdzie tworzyła się nowa placówka duszpasterska. Tam pracował do roku 1966.
Dnia 31 października 1966 roku został ks. Antoni mianowany najpierw administratorem, a 13 marca 1967 roku proboszczem parafii Dobrków. Była to parafia stara, założona w XIV wieku, bardzo rozległa, składająca się z sześciu wiosek niekiedy oddalonych od kościoła parafialnego 4 do 5 kilometrów. Posiadała kościół zbudowany w wieku XVI częściowo drewniany. Przy kościele była plebania drewniana, w stanie nadającym się do przebudowy.
Miał więc młody proboszcz sporo pracy tak o charakterze gospodarczym jak i duszpasterskim. Do pomocy miał wikariusza i razem rozwiązywali te problemy. Ta praca trwała przez 22 lata. W tym czasie władza diecezjalna doceniając jego wierną służbę bożej sprawie i Kościołowi odznaczyła ks. Antoniego najpierw expositorium canonicale (Ec), a w roku 1978 nadała mu przywilej noszenia Rokiety i Mantoletu (RM). Od roku 1973 pełnił ks. Antoni również funkcję notariusza dekanalnego.
Z biegiem lat zaczęło ks. Antoniemu brakować zdrowia i choroba coraz bardziej pozbawiała go sił. Dlatego, choć plebania, którą budował nie była jeszcze wykończona, trzeba było zrezygnować z probostwa. Stało się to 26 czerwca 1988 roku. Ks. Antoni zdał probostwo swemu następcy, ks. Henrykowi Skopowi, a sam przeniósł się do Tarnowa i zamieszkał w Domu Księży pod wezwaniem św. Józefa przy ulicy Pszennej 7.
Żył tam jeszcze cztery lata. Był to taki okres, kiedy kapłan do zasług nagromadzonych w dniach zdrowia i posługi duszpasterskiej dokłada własne cierpienia i uciążliwości czasu choroby, jako dopełnienie ofiary kapłańskiego życia.
Ks. Antoni Szydłowski zmarł 28 czerwca 1992 roku w Tarnowie. Trumnę ze zwłokami przewieziono do Brzeska, jego rodzinnej parafii. Pogrzeb odbył się 1 lipca. Ceremoniom pogrzebowym przewodniczył biskup Józef Gucwa, a koncelebrowało z nim około sześćdziesięciu kapłanów. Ciało Zmarłego złożono w grobowcu księży na cmentarzu komunalnym w Brzesku. Tam czeka na powszechne zmartwychwstanie.

27. Ks. Kazimierz, Jacek (2 im) Wis 1935-1992
Ks. Kazimierz pochodzi z północnych obrzeży Brzeska. Jego rodzina miała swój dom na Słotwinie nr 136, który po rozszerzeniu granic miasta znalazł się przy ulicy Dzierżyńskiego, a obecnie Okulickiego. Ojciec księdza, Jan, pracownik Poczty Polskiej i matka Salomea z d. Woda, obydwoje rodem ze Szczepanowa, mieli sześcioro dzieci. Przyszły kapłan był najmłodszy w rodzinie, urodził się 22 maja 1935 roku i dwa dni później, 24 maja, został ochrzczony w kościele parafialnym w Brzesku przez ks. proboszcza Jakuba Stosura. Na chrzcie św. otrzymał imiona Kazimierz i Jacek. Chrzestnymi byli Stanisław Paździora i Anna Zwierz żona Józefa.
Kazimierz uczęszczał do szkoły podstawowej w Brzesku. Również Liceum Ogólnokształcące rozpoczął w Brzesku, ale dwa lata przed maturą przeniósł się do Mościc i w tamtejszym Liceum złożył egzamin dojrzałości w roku 1953.
Po maturze zgłosił się do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Wrocławiu i tam odbywał studia filozoficzno-teologiczne w latach 1953-1958.
Z tego okresu zachowały się bardzo pochlebne opinie wydawane o nim zarówno przez przełożonych Seminarium jak i nadsyłane z rodzinnej parafii przez ks. dziekana Stosura do Rektora Seminarium.
Studia teologiczne zakończył w roku 1958 i dnia 15 czerwca tego roku w Archikatedrze Wrocławskiej przyjął święcenia kapłańskie z rąk ordynariusza wrocławskiego ks. biskupa Bolesława Kominka.
Potem była radosna uroczystość prymicyjna w rodzinnej parafii Brzesko, po której pozostały wśród rodaków obrazki prymicyjne z dewizą życiową ks. Wisa: "Panie, jeślim potrzebny ludowi Twemu nie wzbraniam się trudu" (św. Marcin).
A potem neoprezbiter pojechał na pierwszą placówkę duszpasterską do Milicza, gdzie pracował jako wikariusz przez dwa lata do 1960 roku. Tam był najdłużej. Następne placówki, gdzie spełniał posługę wikariusza zmieniały się w odstępach jednorocznych: Ząbkowice Śląskie, parafia św. Anny 1960-1961; Głuszyca, pow. Wałbrzych 1961-1962; parafia św. Elżbiety we Wrocławiu 1962-1963; i ostatni wikariat w Lubawce, powiat Kamienna Góra 1963-1964.
W roku 1964 ks. Wis został mianowany administratorem w parafii Różanka koło Bystrzycy Kłodzkiej i tam pracował 3 lata. Przez następne 3 lata od 1967 do 1970 był administratorem parafii Żarki Wielkie z siedzibą w Łęknicy na granicy polsko-niemieckiej. Potem w lipcu 1970 duszpasterzował krótko w Paszkowicach i stamtąd dostał przeniesienie do parafii Czepielowice, koło Brzegu Opolskiego. Tam był najpierw administratorem, a następnie proboszczem przez 22 lata od 1970 do 1992. Lata te wypełnione były troską duszpasterską o Kościół Boży w duszach parafian i miejsce kultu dla niego, gdzie skupia się życie religijne parafii. A to miejsce, stary wiekowy kościół, niezbyt się już do tego nadawał. Wspólnym więc wysiłkiem wszystkich parafian ks. proboszcz Wis wybudował nowy kościół, wyposażył go i uporządkował otoczenie. Tak więc nazwisko proboszcza Wisa na zawsze zostało związane z tym dziełem.
W tym też okresie boleśnie przeżył śmierć swoich rodziców. Ojciec zmarł w 1975 roku, a matka w 1976.
Cechą charakterystyczną posługi duszpasterskiej s. Kazimierza była cześć dla Matki Bożej. Był szczególnie gorliwym głosicielem Jej Orędzia z Fatimy. Parafianie zapamiętali, jak na początku lat osiemdziesiątych rozpoczął prowadzenie nabożeństw fatimskich w swojej parafii. Lecz to mu nie wystarczyło. Jego dziełem było wprowadzenie tego nabożeństwa w pobliskim Brzegu, w parafii św. Mikołaja. I to było za mało dla gorącego serca ks. Kazimierza. Miłość do Matki Bożej zaprowadziła go w październiku 1988 roku do odległego Żagania, do parafii św. Józefa. Tam rozpoczęło się dzięki jego inicjatywie "wspaniałe dzieło - jak napisali parafianie żagańscy - Nocy Fatimskich, wielkiej modlitwy oraz nawróceń ludzi z parafii, Żagania i różnych rejonów Polski i świata". Nabożeństwo to zwane także fatimskimi Nocami Pokuty odbywało się co miesiąc z piątku na pierwszą sobotę od października do czerwca i ks. Kazimierz co miesiąc przemierzał 200 kilometrów z Czepielowic do Żagania, aby osobiście "w czasie nocnych czuwań przybliżać ludziom Maryję i Jezusa, aby razem z innymi kapłanami składać Bogu Najświętszą Ofiarę i mocą Chrystusową odpuszczać grzechy w Sakramencie Pojednania".
O tym wdzięczni parafianie z Żagania będą długo pamiętać. I o tym także, że "ujmował wszystkich swoją prostotą, szczerością, dobrocią i wielkim poczuciem humoru" - jak napisali, gdy dowiedzieli się o jego śmierci.
W uznaniu jego zasług i za gorliwe oddanie się bożej sprawie Kardynał Henryk Gulbinowicz, arcybiskup wrocławski, pismem z dnia 3.04.1991 odznaczył Ks. Wisa godnością kanonika Expositorii Canonicalis.
Potem przyszły na ks. Kazimierza ciężkie chwile. Choroba zaatakowała organizm i trzeba było poddać się operacji. Niestety w wyniku powikłań pooperacyjnych ks. Kazimierz zaopatrzony sakramentami świętymi odszedł do Pana dnia 3 sierpnia 1992 roku w szpitalu w Krakowie.
Ciało przewieziono do Czepielowic i tam 7 sierpnia odbyły się uroczystości pogrzebowe. Wspólnota parafialna z żalem żegnała swego duszpasterza. Mszę św. koncelebrowaną przez licznych kapłanów z okolicy i kolegów z seminarium odprawił ks. biskup Józef Pazdur. W homilii pogrzebowej powiedział: "testamentem ks. Kazimierza jest jego maryjność. Dzieło, które on rozpoczął my musimy kontynuować".
Ks. Kazimierz Wis został pochowany na cmentarzu parafialnym w Czepielowicach i tam jako pasterz wśród owiec czeka na powszechne zmartwychwstanie.

28. Ks. Andrzej Jan Mleczko
Ks. Andrzej Mleczko s. Wojciecha i Marii z d. Mucha. Rodzice, obecnie już nieżyjący mieszkali przy ulicy Parcelowej i wychowywali pięcioro dzieci. Podstawą utrzymania tej licznej rodziny była praca ojca (+ 22.11.1979) zatrudnionego na kolei jako ślusarz i matki (+ 23.09.1976), która oprócz pracy w domu zarabiał jako krawcowa.
Przyszły kapłan, trzecie z kolei dziecko, urodził się 21 maja 1937 roku w Krakowie i tam ochrzczony został w parafii św. Mikołaja dnia 30 maja 1937 roku. Natomiast sakrament bierzmowania przyjął w Brzesku z rąk biskupa Jana Stepy w 1948 roku.
Szkołę podstawowa ukończył w Brzesku z jednorocznym opóźnieniem z powodu choroby, która w ostatniej klasie uniemożliwiła mu zakończenie nauki w normalnym czasie.
Do liceum ogólnokształcącego uczęszczał w Mościcach zwanych wtedy Tarnowem-Świerczkowem. I podobnie jak w szkole podstawowej, nieszczęśliwy wypadek w czasie wiosennych biegów przełajowych i półroczny pobyt w szpitalu sprawił, że egzamin dojrzałości złożył z jednorocznym opóźnieniem w roku 1957.
Z tego rocznika ośmiu kolegów Andrzeja wybrało stan kapłański, i zgłosiło się do Seminarium Duchownego w Tarnowie, on zaś mimo, że jego wujkiem był ówczesny kanclerz Kurii Diecezjalnej, ks. Stanisław Sroka, nie poszedł w ich ślady, lecz wybrał Seminarium Duchowne we Wrocławiu. Był tam już jego starszy kolega z Brzeska Kazimierz Wis i on ułatwił mu załatwienie wszelkich formalności i wprowadził w społeczność klerycką.
Studia teologiczne zakończył egzaminem magisterskim ale nie uznawanym przez ówczesne władze państwowe i dnia 23 czerwca 1963 roku przyjął święcenia kapłańskie w parafii św. Bonifacego we Wrocławiu z rąk biskupa Andrzeja Wronki.
Potem była radosna uroczystość prymicyjna w kościele słotwińskim. Były to pierwsze prymicje w niedawno utworzonej parafii i ks. proboszcz Stanisław Pękała starał się o to, aby wypadły jak najokazalej. Cała uroczystość liturgiczna odbyła się przy ołtarzu polowym przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Kazanie wygłosił ks. Leopold Bandyrski wikariusz z parafii św. Jakuba w Brzesku, a Prymicjantowi asystował przy ołtarzu ks. kanonik Jan Fortuna. "W uroczystości prymicyjnej wzięło udział sześciu kapłanów i bardzo licznie zebrani parafianie. Po sumie zakończonej procesją z Najświętszym Sakramentem ks. Prymicjant udzielił kapłanom, rodzinie i zebranym wiernym prymicyjnego błogosławieństwa" - zanotował w Kronice Parafialnej ks. proboszcz.
Potem ks. Mleczko rozpoczął posługę kapłańską w parafiach diecezji wrocławskiej jako wikariusz katecheta.
Pierwszą placówką była parafia św. Karola Boromeusza w Wołowie (od 30.06.1963 do 22.06.1966). drugi wikariat w Lipinkach Łużyckich trwał zaledwie 3 dni "gdyż proboszcz nie chciał żadnego wikarego i mnie też" - opowiadał ks. Andrzej. Został więc wikariuszem w parafii Kraśnik Dolny przez niecały rok. Proboszcz ks. Marian Osiecki podzielił rozległą parafię, która miała osiem kościołów i ks. Andrzej w czwartym roku kapłaństwa w 1967 roku został proboszczem w nowopowstałej parafii w Trzebieniu.
Zabrał się energicznie do pracy i rozpoczął kapitalny remont małej, drewnianej kaplicy. Dostał pozwolenie na remont, a w rezultacie powstał nowy kościół o wymiarach 25 na 11 metrów z wieżą wysoką na 30 metrów. W pracy tej nie mógł liczyć na żadną pomoc ze strony władz miejscowych. Natomiast bardzo ofiarnie pomagał mu dowódca garnizonu radzieckiego Kuziczkin dostarczając wszelkich potrzebnych materiałów, sprzęt i ludzi do pomocy.
Zbudował też tam nową plebanię oraz rozbudował trzy kaplice.
To oczywiście nie mogło się podobać ówczesnym władzom politycznym w PRL-u. Wywołało gwałtowny sprzeciw i natychmiastową reakcję. Księdzu wytoczono proces i dnia 9 grudnia 1970 roku sąd w Bolesławcu skazał go na trzy lata więzienia oraz 50 tysięcy grzywny, co na owe czasy było bardzo dużo. Na szczęście 16 grudnia 1970 roku wybuchły strajki w Gdańsku, usunięto Wiesława Gomułkę i jego miejsce zajął nowy sekretarz partii Edward Gierek.
"Po tym przewrocie władze nie wiedziały, co ze mną zrobić - opowiada ks. Andrzej - Ale mnie za to bardzo często wzywano na UB do Wrocławia, szantażowano i szykanowano przez wiele godzin. A ja, gdy tam przybywałem, oczywiście w sutannie, zabierałem z sobą brewiarz, różaniec i przed wejściem kupowałem kilo kaszanki i pół bochenka chleba. Urzędnicy i milicjanci byli po prostu wściekli, gdy widzieli jak w oczekiwaniu na przesłuchanie odmawiałem w południe różaniec. Wtedy wychodzili i zostawiali mnie samego. Powracali, gdy skończyłem modlitwę. Pewnego dnia tak byli wściekli, że jeden mi powiedział: "Masz szczęście ty czarny s., że jesteś księdzem. Ty czarny kruku". Po takich epitetach mnie wypuszczali. Raz nawet mi powiedzieli: "Chcesz, to będziesz musiał codziennie tu przyjeżdżać". A ja z uśmiechem powiedziałem: "Nie, bo będziecie musieli po mnie przyjeżdżać suką" (tak popularnie nazywano wozy milicyjne).
Te szykany trwały długie miesiące i lata. Nie wolno mi było nigdzie wyjeżdżać. Dopiero po wyborze ks. Kardynała Wojtyły na papieża sytuacja się zmieniła i po raz pierwszy wypuszczono mnie za granicę do Rzymu".
Po ośmiu latach proboszczowania w Trzebieniu ks. Mleczko został dnia 24 czerwca 1975 roku przeniesiony do parafii Matki Bożej Wniebowziętej w Zachowicach. Tam znów czekały go prace budowlane. Dokonał kapitalnego remontu kościoła i plebanii oraz rozbudował kościół filialny w Siedlakowicach. Dzięki pomocy ks. kardynała Henryka Gulbinowicza udało się zakupić działkę budowlaną w wiosce Mirosławice i wybudować salkę katechetyczną w bliskiej odległości szkoły podstawowej.
W tych latach ks. Andrzej podjął dalsze studia na Papieskiej Akademii Teologicznej we Wrocławiu. Seminarium ukończył ze stopniem magistra, ale w owych czasach władze państwowe nie uznawały stopni naukowych nadawanych przez uczelnie kościelne, takie jak seminarium duchowne. Teraz rozpoczął studia licencjackie z teologii moralnej pod kierunkiem ks. profesora dr hab. Stanisława Witka z Tarnowa, a po jego odejściu ks. prof. Jana Kowalskiego z Krakowa i przygotował pracę dyplomową "Sport z punktu widzenia etyki katolickiej w oparciu o historię Kościoła i wypowiedzi papieży ostatnich lat". niestety wypadki losowe uniemożliwiły mu zakończenie studiów i uzyskanie licencjatu.
We wrześniu 1989 roku ks. Mleczko jadąc samochodem jako pasażer uległ wypadkowi i przeleżał w szpitalu do kwietnia 1990 roku. Szczęśliwie wrócił do zdrowia, ale jeszcze przez dwa lata posługiwał się kulami. Mimo to dalej pracował jako duszpasterz i katecheta. Miał w parafii trzy szkoły podstawowe, a nie miał pomocnika więc choć o kulach dojeżdżał do nich i katechizował.
W parafii Zachowice przepracował 17 lat. W roku 1992 dnia 26 listopada ks. Biskup przeniósł go do parafii św. Michała Archanioła w Tyńcu nad Ślężą, gdzie poprzedni proboszcz ciężko się rozchorował i nie mógł dalej spełniać posług duszpasterskich. I znów oprócz duszpasterzowania trzeba było dokonać remontu kościoła i plebanii, ogrodzić cmentarz i uporządkować otoczenie.
Po jedenastu latach duszpasterzowania, dnia 1 sierpnia 2003 roku ks. Mleczko został przeniesiony do parafii Zawonia koło Trzebnicy, gdzie, podobnie jak na poprzedniej placówce, przejął obowiązki duszpasterskie po ciężko chorym swoim poprzedniku. Przeżywając czterdziestolecie kapłaństwa ks. Andrzej pozostaje nadal wierny dewizie życiowej, jaką umieścił przed piętnastu laty na obrazku z okazji srebrnego jubileuszu: "Pięknem i zaszczytem, Panie, jest pełnienie woli Twojej, o Chryste!".
Ks. Andrzej Mleczko został przez władzę diecezjalną odznaczony Expositorium canonicale (Ec), a w roku 1985 otrzymał przywilej noszenia Rokiety i Mantoletu (RM).


copyright 2007
Parafia NMP Matki Kościoła i św. Jakuba Ap.